Poniżej, w pogrążonych w ciszy i półmroku oddziałach, pacjenci mamrotali i przewracali się we śnie, jakby świadomi zawieruchy na zewnątrz. Laborantka, która została wezwana z domu, żeby pilnie zrobić zdjęcie rentgenowskie pacjenta doktora Courtney-Briggsa, zasłoniła aparat i zgasiła światło, zastanawiając się, czy jej mały samochód utrzyma się na drodze. Pielęgniarki z nocnej zmiany chodziły cicho pośród swoich chorych, sprawdzając okna i zaciągając ciaśniej zasłony, chcąc odgrodzić ich od groźnej, obcej siły. Portier pełniący dyżur w stróżówce przy głównej bramie poruszył się niespokojnie w krześle, a potem podniósł się, zgięty wpół, i dorzucił parę kawałków węgla do ognia. Samotny, odizolowany czuł potrzebę odrobiny ciepła i komfortu. Wydawało się, że mały domek trzęsie się w posadach przy każdym podmuchu wichury.

Ale tuż przed północą burza przycichła, wyczuwając zbliżanie się godziny duchów, kiedy puls człowieka bije najwolniej, a umierający najłatwiej udają się w ostatnią drogę. Na jakieś pięć minut zapadła złowroga cisza, a po niej nastąpiła cała seria rytmicznych jęków, jakby wiatr opadł z sił i wzdychał między drzewami, wyczerpany własną furią. Doktor Courtney-Briggs zdjął rękawiczki po skończonej operacji i przeszedł do przebieralni chirurgów. Zrzucił fartuch i połączył się telefonicznie z siostrą Brumfett w Nightingale House, oddziałową prywatnego skrzydła szpitala, prosząc ją, by wróciła na oddział i czuwała nad jego pacjentem przez pierwszą krytyczną godzinę. Z zadowoleniem zauważył, że wiatr ucichł. Będzie mogła bez trudu przejść przez zalesiony teren, jak to już nieraz robiła na jego prośbę. Nie widział potrzeby przywozić jej swoim samochodem.

Niecałe pięć minut później siostra Brumfett wkroczyła zdecydowanym krokiem między drzewa; peleryna owijała się wokół niej niczym flaga wokół masztu, kaptur miała głęboko naciągnięty na plisowany czepek.



36 из 296