Na krótką chwilę zapanował zadziwiający spokój. Szła bezszelestnie po mokrej trawie, czując pod podeszwami chłód przesiąkniętej deszczem ziemi i potykając się od czasu do czasu o strącone wiatrem gałęzie. Kiedy znalazła się w zaciszu szpitalnego oddziału i zaczęła pomagać studentce trzeciego roku w przygotowaniu łóżka pooperacyjnego i kroplówki, wichura znów się wzmogła. Ale siostra Brumfett, pochłonięta swoimi obowiązkami, nie zwróciła na to uwagi.

Wkrótce po wpół do pierwszej Alberta Colgate’a, nocnego portiera, drzemiącego nad wieczorną gazetą, rozbudziła smuga reflektorów w oknie i pomruk zbliżającego się samochodu. To musi być daimler doktora Courtney-Briggsa, pomyślał. A więc operacja się skończyła. Spodziewał się, że samochód przemknie cicho przez bramę, jednak niespodziewanie się zatrzymał. Klakson nagląco zatrąbił dwa razy. Portier z niechętnym pomrukiem narzucił płaszcz i wyszedł z portierni. Courtney-Briggs opuścił szybę i krzyknął przez wiatr:

– Chciałem wyjechać przez bramę przy Winchester Road, ale drogę tarasuje zwalone drzewo! Uznałem, że lepiej o tym powiedzieć, niech ktoś się tym jak najszybciej zajmie.

Portier włożył głowę przez otwarte okno samochodu. Owionął go luksusowy zapach cygara, płynu po goleniu i skóry. Courtney-Briggs odsunął się nieco od jego natarczywej bliskości. Portier powiedział:

– To pewno jeden z tych starych wiązów, panie doktorze. Zamelduję o tym z samego rana. Na razie nic nie da się zrobić, i jeszcze przy tej pogodzie.

Courtney-Briggs zaczął podkręcać okno. Głowa Colgate’a szybko się cofnęła.

– Nie ma potrzeby zajmować się tym dziś w nocy. Na jednej z gałęzi zawiązałem mój biały szalik. Pewno i tak do rana nikt nie będzie tamtędy jechał, ale w razie czego go zauważy. Na wszelki wypadek niech pan ostrzega tych, którzy będą tędy wjeżdżać. Dobranoc, Colgate.



37 из 296