
czy w określonym towarzystwie nie należałoby wyrazić swojego podziwu. Jednak od lat niemal automatycznie oceniała każdy budynek pod kątem jego przydatności na szkołę dla pielęgniarek – kiedyś, na wakacjach w Paryżu, ze zgrozą złapała się na tym, że wykluczyła pałac Elizejski, jako niewarty dalszej uwagi – a Nightingale House najwyraźniej całkiem się to tego celu nie nadawał. Widać to było już na pierwszy rzut oka. Większość pokoi musi być o wiele za duża. Gdzie, na przykład, urządzić przytulne biura dla dyrektorki, instruktora klinicznego albo sekretarki szkolnej? Poza tym, taki budynek ogromnie trudno ogrzać, a wykuszowe okna, choć niewątpliwie malownicze, jeśli ktoś lubi ten styl, wpuszczają zbyt mało światła. Co gorsza, gmach wyglądał nieprzystępnie, a nawet złowrogo. W dobie, gdy młode adeptki tej szlachetnej profesji z trudem wkraczały w dwudziesty wiek, odrzucając balast przestarzałych poglądów i metod – panna Beale często wygłaszała mowy przy różnych okazjach i pewne zwroty przylgnęły do niej na stałe – nie powinno się umieszczać ich w takim wiktoriańskim zabytku. Nie zaszkodzi, jeśli w swoim raporcie wyraźnie podkreśli, że należy pomyśleć o nowej szkole. Nightingale House został przez nią skreślony, jeszcze zanim przekroczyła jego próg.
Jednak nie mogła nic zarzucić powitaniu, z jakim się spotkała. Kiedy stanęła na podeście, ciężkie drzwi otworzyły się, owionął ją podmuch ciepłego powietrza i zapach kawy. Pokojówka w fartuszku odsunęła się z szacunkiem, a za nią, na szerokich, dębowych schodach, połyskując na tle ciemnego tła jak renesansowy portret w szarościach i złocie, ukazała się postać Mary Taylor, siostry przełożonej, która schodziła do niej z wyciągniętą ręką. Panna Beale przywołała na twarz swój promienny, zawodowy uśmiech, pełen otuchy i radosnego oczekiwania, i postąpiła krok w jej kierunku. Zaczęła się feralna inspekcja szkoły pielęgniarskiej przy Szpitalu im. Johna Carpendara.
