Czekał na nią na skraju polany, tam, gdzie rosły cedry. Przechadzał się, od czasu do czasu przysiadał, prostował się sprężyście. Widać Aglai's zaleciła mu ćwiczenia.

— Jakie wieści? — spytał zaraz po powitaniu. Chłód w jego głosie nie zmylił jej.

— Wojna chyba ku końcowi się ma — odrzekła, wzruszając ramionami. - Nilfgaard, powiadają, srodze Lyrię i Aedirn pogromił. Verden się poddało, a król Temerii ułożył się z niligaardzkim cesarzem. A elfy w Dolinie Kwiatów własne królestwo założyły. Wszelako Scoia'tael z Temerii i Redanii nie powędrowaly tam. Biją się nadal…

— Nie o to mi szło.

— Nie? — udała zdziwienie. - A, prawda. Tak, zawadziłam o Dorian, jakeś prosił, choć przyszło szmat drogi nadłożyć. A niebezpieczne nynie gościńce…

Urwała, przeciągnęła się. Tym razem nie ponaglał jej.

— Czy ów Codringher — spytała wreszcie — którego kazałeś mi odwiedzić, był twoim przyjacielem?

Twarz wiedźmina nie drgnęła, ale Milva wiedziała, że zrozumiał z miejsca.

— Nie. Nie był.

— To dobrze — kontynuowała swobodnie. - Bo nie ma go już wśród żyjących. Spłonął razem ze swą sadybą, został aby komin i pół frontowej ściany. Całe Dorian huczy od plotek. Jedni gadają, że ów Codringher uprawiał czarnoksięstwo i jady warzył, że z diabłem miał pakt, więc czarci ogień go pochłonął. Drudzy mówią, że wsunął nos i palce do niewłaściwej szpary, jako to miał we zwyczaju czynić. A komuś to nie w smak było, więc go zwyczajnie utrupił i podłożył ogień, by zatrzeć ślady. A ty jak myślisz?



11 из 320