
— Słucham? — wywiadowca drgnął. - Nie, jaśnie panie. Nie ma. Co rozkażecie? Jeśli chcecie żywego, wywabię go z Brokilonu. Jeśli zaś milszy wam martwy…
— Lennep — Dijkstra uniósł na agenta swe zimne, bladobłękitne oczy. - Nie bądź nadgorliwy. W naszym fachu nadgorliwość nigdy nie popłaca. A zawsze jest podejrzana.
— Panie — Lennep zbladł lekko. - Ja jeno…
— Wiem. Ty jeno pytałeś, co rozkażę. Rozkazuję: zostaw wiedźmina w spokoju.
— Wedle rozkazu. A co z Milvą?
— Ją też zostaw w spokoju. Na razie.
— Wedle rozkazu. Czy mogę odejść?
— Możesz.
Agent wyszedł, ostrożnie i cichutko zamykając za sobą dębowe drzwi komnaty. Dijkstra milczał długo, zapatrzony w piętrzące się na stole mapy, listy, donosy, protokoły przesłuchań i wyroki śmierci.
— Ori.
Sekretarz uniósł głowę, chrząknął. Milczał.
— Wiedźmin jest w Brokilonie.
Ori Reuven znowu zachrząkał, odruchowo spoglądając pod stół, w kierunku nogi szefa. Dijkstra zauważył spojrzenie.
— Zgadza się. Tego mu nie zapomnę — warknął. - Przez dwa tygodnie nie mogłem przez niego chodzić. Straciłem twarz wobec Filippy, musząc jak pies skamleć i prosić o jej cholerne czary, bo inaczej kusztykałbym do dzisiaj. Cóż, sam sobie jestem winien, nie doceniłem go. Najgorsze, że nie mogę mu się teraz zrewanżować, dobrać do jego wiedźmińskiej dupy! Sam nie mam czasu, a przecież nie mogę dla prywaty używać moich ludzi! Prawda, Ori, że nie mogę?
— Hem, hem…
— Nie chrząkaj. Wiem. Ach, do diabła, jak ta władza nęci! Jak kusi, by się nią posłużyć! Jak łatwo się zapomnieć, gdy się ją ma! Ale gdy się zapomni raz, końca nie ma… Czy Filippa Eilhart ciągle jeszcze siedzi w Montecalvo?
— Tak.
— Bierz pióro i kałamarz. Podyktuję ci list do niej. Pisz… Psiakrew, skupić się nie mogę. Co to za cholerne wrzaski, Ori? Co się tam dzieje na placu?
