
Otarła pot z brwi, gestem powstrzymała nadbiegające driady. Chwyciła siedzącego wiedźmina za ramiona, pochyliła się nad nim tak, że jej długie jasne włosy spadły — na jego zbielałą twarz.
— Źle pojąłeś — powtarzała szybko, nieskładnie, z trudem znajdując słowa w natłoku tych, które cisnęły się jej na usta. - To jeno chciałam rzec, że… Opacznie mnie pojąłeś. Bo ja… Skądże wiedzieć mogłam, że ty aż tak… Nie… tak chciałam. Ja jeno o tym, że dziewczyna… Że nie znajdą jej, bo bez śladu znikła, jak owi czarodzieje. Wybacz mi.
Nie odpowiedział. Patrzył w bok. Milva zagryzła wargi, zacisnęła pięści.
— We trzy dni wyjeżdżam z Brokilonu — powiedziała łagodnie po długim, bardzo długim milczeniu. - Niech jeno miesiączek pójdzie na uszczerb, niech nocki trochę ciemniejsze nastaną. Do dziesięciu dni wrócę, może wcześniej. Wnet po Lammas, w pierwszych dniach sierpnia. Nie turbuj się. Ziemię i wodę poruszę, ale wywiem się wszystkiego. Jeśli kto co wie o tej pannie, też będziesz to wiedział.
— Dzięki, Milva.
— Do dziesięciu dni… Gwynbleidd.
— Jestem Geralt — wyciągnął dłoń. Uścisnęła bez zastanowienia. Bardzo silnie.
— Jestem Maria Barring.
Skinieniem głowy i cieniem uśmiechu podziękował za szczerość, wiedziała, że docenił.
— Bądź ostrożna, proszę. Zadając pytania uważaj, komu je zadajesz.
— Nie frasuj się o mnie.
— Twoi informatorzy… Ufasz im?
— Ja nikomu nie ufam.
*****— Wiedźmin jest w Brokilonie. Wśród driad.
— Tak przypuszczałem — Dijkstra splótł ramiona na piersi. - Ale dobrze, że to się potwierdziło.
Milczał przez chwilę. Lennep oblizał wargi. Czekał.
— Dobrze, że się potwierdziło — powtórzył szef tajnych — służb królestwa Redanii, zamyślony, jak gdyby mówił do siebie. - Zawsze to lepiej, mieć pewność. Ech, gdyby jeszcze okazało się, że Yennefer jest z nim… Nie ma z nim czarodziejki, Lennep?
