
— Do Redanii? Daleką wybrał drogę.
— Wasza wielmożność — uśmiechnął się lekko Shilard Fitz-Oesterlen — nie ogranicza wszakże swych zainteresowań li tylko do Redanii. Nie mam cienia wątpliwości, że gdyby przestępca ten został ujęty w którymkolwiek ze sprzymierzonych królestw, wasza wielmożność wiedziałaby o tym z raportów swych licznych… znajomych.
— Jak, mówiliście, zwie się ów zbrodzień?
— Cahir Mawr Dyffiryn aep Ceallach.
Dijkstra milczał długo, udając, że szuka w pamięci.
— Nie — powiedział wreszcie. - Nie ujęto nikogo o takim imieniu.
— Doprawdy?
— Moja memoria nie bywa fragilis w takich sprawach. Żałuję, ekscelencjo.
— Ja również — odrzekł lodowato Shilard Fitz-Oesterhn. - Zwłaszcza tego, że wzajemna ekstradycja przestępców nie wydaje się w takich warunkach możliwa do przeprowadzenia. Nie będę dłużej nużył waszej miłości.
— Życzę zdrowia i powodzenia.
— Wzajemnie. Żegnam, ekscelencjo.
Ambasador wyszedł, wykonawszy kilka skomplikowanych, ceremonialnych ukłonów.
— Pocałuj mnie w sempitemum meam, chytrusie — zamruczał Dijkstra, krzyżując ramiona na piersi. - Ori!
Sekretarz, czerwony od długo powstrzymywanego chrząkania i pokasływania, wyłonił się zza kotary.
— Czy Filippa wciąż siedzi w Montecalvo?
— Tak, hem, hem. Są z nią panie Laux-Antille, Merigold i Metz.
— Za dzień lub dwa może wybuchnąć wojna, za chwilę granica na Jarudze zapłonie, a te zaszyły się w jakimś dzikim zamczyska! Bierz pióro, pisz. Umiłowana Fil… Cholera!
— Napisałem: "Droga Filippo".
— Dobrze. Pisz dalej. Może Cię zainteresuje, że cudak w hełmie z piórami, który z Thanedd zniknął równie tajemniczo, jak się pojawił, nazywa się Cahir Mawr Dyffryn i jest synem seneszala Ceallacha. Dziwnego tego osobnika poszukujemy nie tylko my, ale, jak się okazuje, również służby Vattiera de Rideaux i ludzie tego skurwysyna…
