
— Czasu nie stało. Pani Eithne. Do Duen Canell daleka od Wstążki droga, a ja… Przecież wiesz.
— Wiem. Zmęczona jesteś?
— Elfy potrzebują pomocy. Z twego rozkazu im przedy pomagam.
— Na moją prośbę.
— Iście. Na prośbę.
— Mam jeszcze jedną.
— Takem myślała. Wiedźmin?
— Pomóż mu.
Milva zatrzymała się i odwróciła, ostrym ruchem złamała zawadzającą gałązkę wiciokrzewu, obróciła ją w palcach, cisnęła na ziemię.
— Od pół roku — powiedziała cicho, patrząc w srebrzyste oczy driady — głowę w hazard stawię, elfów z rozgromionych komand przeprowadzam do Brokilonu… Gdy wypoczną i z ran się wyleczą, nazad ich wywodzę… Mało tego? Nie dość uczyniłam? Co nów na szlak ciemną nocą ruszam… Słońca się już lękam jak nietoperz albo puszczyk jaki…
— Nikt nie zna leśnych ścieżek lepiej od ciebie.
— W kniei nie dowiem się niczego. Wiedźmin ponoć chce, bym wieści zbierała, między ludzi pojechała. To rebeliant, na jego imię mają an'givare wyostrzone uszy. Mnie samej też nijak w miastach się pokazywać. A jak mnie kto rozpozna? Pamięć o tamtym żywa jeszcze, nie przyschła jeszcze tamta krew… Bo dużo było wtedy krwi. Pani Eithne.
— Niemało — srebrne oczy starej driady były obce, zimne, nieprzeniknione. - Niemało, prawda to.
— Jeśli mnie rozpoznają, na pal nawleką.
— Jesteś rozważna. Jesteś ostrożna i czujna.
— By wieści, o które Wiedźmin prosi, pozbierać, trza się czujności wyzbyć. Trza pytać. A teraz ciekawość niebezpiecznie objawiać. Jeśli mię pochwycą…
— Masz kontakty.
— Umęczą. Zakatują. Albo zgnoją w Drakenborgu…
— A wobec mnie masz dług.
Milva odwróciła głowę, zagryzła wargi.
— Ano, mam — powiedziała gorzko. - Nie zapomnieć mi o tym.
Przymknęła oczy, twarz skurczyła się jej nagle, usta drgnęły, zęby zwarły się silnie. Pod powiekami blado zaświeciło wspomnienie, upiornym, księżycowym blaskiem tamtej nocy.
