
A o świcie driady, dookoła, wianuszkiem… Daleki srebrzysty śmiech… Kukiełka na sznurku! Huśtaj się, huśtaj, pacyneczko, główeczką do dołu… I jej własny, lecz obcy, rzężący krzyk. A potem ciemność.
— Iście, mam dług — powtórzyła przez ściśnięte zęby. - Iście, bom przecie wisielec odcięty z powroza. Póki życia, widzę, nie spłacić mi tego długu.
— Każdy ma jakiś dług — powiedziała Eithne. - Takie jest życie, Mario Barring. Długi i wierzytelności, zobowiązania, wdzięczność, zapłata… Uczynić coś dla kogoś. A może dla siebie? Bo tak naprawdę, to zawsze płacimy sobie, nie komuś. Każdy zaciągnięty dług spłacamy sobie. W każdej z nas tkwi wierzyciel i dłużnik zarazem. Rzecz w tym, by zgodził się w nas ten rachunek. Przychodzimy na świat jako odrobina danego nam życia, potem wciąż zaciągamy i spłacamy długi. Sobie. Dla siebie. Po to, by w końcu rachunek się zgodził.
— Bliski jest ci ten człek, Pani Eithne? Ten… Wiedźmin?
— Bliski. Choć sam o tym nie wie. Wróć do Col Serrai, Mario Barring. Idź do niego. I zrób to, o co cię poprosi.
*****W kotlince zachrzęścił chrust, trzasnęła gałązka. Zabrzmiało głośne i gniewne «czek-czek» sroki, zięby zerwały się do lotu, migając białymi sterówkami. Milva wstrzymała oddech. Nareszcie.
Czek-czek, zawołała sroka. Czek-czek-czek. Znowu trzasnęła gałązka.
Milva poprawiła wysłużony, wytarty do połysku skórzany ochraniacz na lewym przedramieniu, ułożyła kiść ręki w przymocowanej do majdanu pętli.
