
— Każcie opróżnić salę! — zawołał Feldman. — Dzisiaj żadnych wywiadów. Gdzie ten cholerny policjant? Policjant torował sobie przejście wśród dziennikarzy i tarasował drzwi własnym ciałem.
— Słyszeliście, chłopcy, co wam powiedziano?
— To bezprawie! Profesor Meyer należy do świata! — Jakie były jego pierwsze słowa?
— Co powiedział?
— Naprawdę zamieniliście go w psa?
— Jakiej rasy?
— Może poruszać ogonem?
— Powiedział, że czuje się świetnie — oświadczył policjant, wciąż barykadując drzwi. — A teraz idźcie stąd!
Fotografowi udało się prześliznąć pod jego ramieniem. Spojrzał na profesora Meyera, rozciągniętego na stole operacyjnym i wybełkotał: „Rany boskie”. Nastawił aparat. „Niech pan spojrzy tutaj!”
Kent przesłonił ręką obiektyw w tej samej chwili, w której błysnął flesz.
— Co pan robi?! — zaprotestował fotograf.
— Niech się pan nie skarży, ma pan zdjęcie mojej ręki — sarkastycznie powiedział Kent. — Niech je pan powiększy i wystawi w Muzeum Sztuki Nowoczesnej. A teraz wynoś się pan, jeśli chcesz mieć całe kości!
— Jazda, rozejść się! — surowo powtórzył policjant, odpychając dziennikarzy. Odwrócił się, żeby spojrzeć na profesora Meyera i mruknął, zamykając drzwi:
— Ojejej! Nie mogę w to uwierzyć! Cassidy zaczął wrzeszczeć:
— Trzeba to uczcić!
— Zasłużyliśmy sobie!
Profesor Meyer uśmiechnął się — naturalnie wewnętrznie, bo jego zdolność wyrażania uczuć za pomocą gry rysów twarzy była teraz dość ograniczona.
Feldman zbliżył się do niego.
— Jak się pan czuje, panie profesorze?
— Czuję się zupełnie dobrze — z trudem wykrztusił Meyer, wciąż jeszcze nieprzyzwyczajony do nowego podniebienia. — Ale jestem trochę oszołomiony.
— Niczego pan nie żałuje?
— Nie wiem jeszcze — oświadczył Meyer. — Sprzeciwiałem się temu — w zasadzie, wie pan. Nikt nie jest niezastąpiony.
