
— Po prostu trochę wody — rzekł Meyer. — Czy sądzicie, że mógłbym teraz wstać?
— Jeśli pan to zrobi ostrożnie…
Lupowicz delikatnie go podniósł i postawił na ziemi. Meyer niezgrabnie zachwiał się na swych czterech łapach. Młodzi lekarze byli zachwyceni.
— Brawo!
— Myślę, że mogę od jutra zacząć trochę pracować. Oczywiście będę wyłącznie dyktował na magnetofon. Pojawi się na pewno jeszcze wiele innych problemów. Trzeba będzie podjąć różne decyzje w związku z faktem mojej metamorfozy. Nie mam jeszcze w tej chwili wyraźnych pomysłów…
— Ależ nie trzeba się spieszyć, ma pan mnóstwo czasu. — Och, przede wszystkim się nie spieszyć! Żebyśmy właśnie teraz pana nie stracili!
— Jakiego szumu narobi to w prasie!
— Sądzisz, że będzie lepiej, jeśli napiszemy wspólnie, czy też każdy napisze własną relację w ramach swej specjalności?
— Na pewno i jedno, i drugie! Oni nigdy nie będą mieli dosyć! Długo będzie się o tym mówiło…
— Czy moglibyście mi wskazać, gdzie są toalety? nieśmiało zapytał Meyer.
Mężczyźni spojrzeli po sobie zakłopotani.
— Po co?
— Zamknij się, bałwanie! Tędy, panie profesorze. Otworzę panu drzwi.
Meyer, idąc za nogą młodego człowieka, zdawał sobie sprawę z łatwości poruszania się na czterech łapach. Gdy wrócił, lekarze z ożywieniem dyskutowali na temat technicznych aspektów tego przypadku.
— …od wielu tysięcy lat…
— Nie zgadzam się z wami. To, co można było zrobić raz…
— Nie baw się w mędrca, poczciwcze. Dobrze wiesz, wszystko było dość przypadkowym połączeniem nie dających się przewidzieć czynników. Miało się szczęście, to wszystko…
— Nie masz prawa tak mówić. Niektóre z tych transformacji bioelektrycznych…
— Uwaga, oto on.
— Nie powinien jeszcze zbyt wiele chodzić…
— Nie jestem niemowlęciem — uciął profesor. — Jestem dość stary, żeby być waszym dziadkiem.
