
Nadrektor kopnął go w łydkę.
— Au!
— Przepraszam, że przerywam, kierowniku — rzucił niedbale Ridcully. — Bogowie świadkami, że potrzebuję Rady Magów. Gdzie są wszyscy?
Kierownik studiów nieokreślonych potarł nogę.
— Wiem, że wykładowca run współczesnych prowadzi wykład w sali 3B
— Proszę zebrać wszystkich. W moim gabinecie. Za dziesięć minut — polecił Ridcully.
Głęboko wierzył w takie działania. Mniej bezpośredni nadrektor wędrowałby po całym budynku i szukał profesorów. On tymczasem wyznawał politykę znalezienia jednej osoby i utrudniania jej życia, dopóki wszystko nie ułoży się tak, jak sobie życzył
* * *
Nic istniejącego w naturze nie ma aż tylu stóp. Owszem, niektóre stworzenia mają wiele nóg — wilgotne, wijące się stworzenia żyjące pod kamieniami — ale ich nogi nie posiadają stóp. Ich nogi kończą się bez zbytecznych ceremonii.
Coś bardziej inteligentnego niż rekin zachowałoby czujność.
Jednak „=” zdradziecko włączyło się do gry i pchnęło go naprzód.
Był to jego pierwszy błąd.
W tych okolicznościach jeden błąd = koniec egzystencji.
* * *
Ridcully czekał niecierpliwie, aż starsi magowie zjawią się kolejno z ważnych wykładów w sali 3B. Starsi magowie potrzebowali licznych wykładów, aby dobrze przetrawić posiłki.
— Wszyscy obecni? — zapytał w końcu. — Dobrze. Siadajcie. Słuchajcie uważnie. Po kolei… Do Vetinariego nie dotarł albatros. Nie leciał tu aż z Kontynentu Przeciwwagi i nie przyniósł dziwnej wiadomości z poleceniem, które najwyraźniej musimy wypełnić. Jak dotąd jasne?
Magowie wymienili spojrzenia.
— Mam wrażenie, że pewne szczegóły nie są do końca zrozumiałe — oznajmił dziekan.
— Używałem języka dyplomacji.
— Czy mógłby pan być odrobinę bardziej bezpośredni, nadrektorze?
