
— …z takim sukiennym obiciem, że prawie nic nie słychać…
— Drzemkę moją na czas już chyba.
— Zamknijcie się w tej chwili!
Ridcully spojrzał na kolegów czystym, niewinnym wzrokiem człowieka, który u narodzin został pobłogosławiony całkowitym brakiem wyobraźni i który podczas niedawnych, krępujących rozdziałów historii uczelni rzeczywiście znajdował się setki mil stąd.
— Dobrze — powiedział, kiedy wszyscy się uspokoili. — Ten Rincewind. Trochę idiota, tak? Ty mówisz, dziekanie. Reszta milczy.
Dziekan nieco stracił pewność siebie.
— No więc, tego… To nie ma sensu, nadrektorze. On nawet nie potrafił rzucać zaklęć. Na co mógłby się komuś przydać? Poza tym… gdziekolwiek idzie Rincewind… — zniżył głos — …podążają za nim kłopoty.
Ridcully zauważył, że magowie skupili się ciaśniej.
— To chyba dobrze — zauważył. — To najlepsze miejsce dla kłopotów: za tobą. Nikt raczej nie chce mieć kłopotów przed sobą.
— Nie rozumie pan, nadrektorze. Kłopoty podążają za nim na setkach maleńkich nóżek.
Uśmiech nadrektora pozostał w miejscu, ale cała reszta twarzy stężała na kamień.
— Dobrałeś się do pigułek kwestora, dziekanie?
— Zapewniam cię, Mustrum…
— Więc nie opowiadaj bzdur.
— Oczywiście, nadrektorze. Ale zdaje pan sobie chyba sprawę, że odnalezienie go może nam zabrać całe lata?
— Ehm… — wtrącił Myślak. — Gdybyśmy odszyfrowali jego sygnaturę thaumiczną, HEX poradziłby sobie z tym w jeden dzień.
Dziekan rzucił mu gniewne spojrzenie.
— To nie jest magia — burknął. — To… mechanika!
* * *
Rincewind przeszedł po płyciźnie i ostrym kamieniem odciął czubek orzecha kokosowego, który chłodził się w dogodnie ocienionej kałuży. Przytknął orzech do ust.
Wtedy padł na niego cień.
— Eh… — powiedział Rincewind. — Witaj?
