
Zwykle nazywano ją Panią, a oczy miała zielone — nie tak jak ludzkie oczy są zielone, ale szmaragdowe od brzegu do brzegu. Podobno był to jej ulubiony kolor.
— Och — powtórzył Los. — A w co zagramy?
Usiadła naprzeciw niego. Zebrani bogowie spojrzeli z ukosa po sobie. Widowisko zapowiadało się ciekawie. Ta dwójka była odwiecznymi wrogami.
— Może… — zawahała się. — Potężne Imperia?
— Nie, tego nie cierpię — burknął Offler, przerywając milczenie. — Wszyszczy na kończu giną.
— Tak — zgodził się Los. — W samej rzeczy. — Skinął Pani głową i po chwili tonem, jakim zawodowi gracze mówią „As bierze?”, zapytał: — Upadek Wielkich Rodów? Przeznaczenie Narodów Wiszące na Cienkiej Nitce?
— Oczywiście.
— Doskonale. — Los machnął dłonią ponad planszą. Pojawił się świat Dysku.
— A gdzież zagramy?
— Na Kontynencie Przeciwwagi — odparła Pani. — Gdzie pięć szlachetnych rodów od wieków walczy ze sobą nawzajem.
— Naprawdę? A jakież to rody? — zainteresował się Io. Rzadko miewał do czynienia z pojedynczymi ludźmi. Na ogół zajmował się gromami i błyskawicami, więc z jego punktu widzenia jedynym celem istnienia ludzkości było dać się przemoczyć, a w niektórych sytuacjach przypalić.
— Hongowie, Sungowie, Tangowie, McSweeneyowie i Fangowie.
— Oni? Nie wiedziałem, że są szlachetni.
— Wszystkie są bardzo bogate, wszystkie wybiły lub zamęczyły na śmierć miliony ludzi jedynie dla swej zachcianki lub z dumy — wyjaśniła Pani.
Bogowie ze zrozumieniem pokiwali głowami. Z całą pewnością było to zachowanie szlachetne. Sami by tak postąpili.
