
W samym środku stał na stole największy ptak, jakiego Ridcully w życiu oglądał. Ptak odwrócił głowę i spojrzał na wchodzących swym żółtym, paciorkowatym okiem.
Patrycjusz sięgnął do kieszeni i wyjął słoik anchois.
— Muszę przyznać, bardzo nas zaskoczył — wyjaśnił. — Już chyba dziesięć lat minęło, odkąd dotarła poprzednia wiadomość. Zwykle trzymaliśmy w lodzie kilka makreli.
— To bezcelowy albatros? — domyślił się Ridcully.
— W samej rzeczy. I znakomicie wytresowany. Powróci dzisiaj wieczorem. Sześć tysięcy mil na jednym słoiku anchois i butelce pasty rybnej, którą znalazł w kuchni mój sekretarz, Drumknott. Zadziwiające.
— Słucham? — nie zrozumiał Ridcully. — Powróci? Dokąd?
Vetinari spojrzał mu w oczy.
— Nie, muszę wyraźnie to zaznaczyć, nie na Kontynent Przeciwwagi — oświadczył. — Nie jest to jeden z ptaków, jakie Imperium Agatejskie wykorzystuje w służbie kurierskiej. Powszechnie wiadomo, że nie utrzymujemy żadnych kontaktów z tą tajemniczą krainą. A ten ptak nie jest pierwszym od wielu lat, który do nas dotarł, i nie przyniósł dziwnej, zagadkowej wiadomości. Czy to jasne?
— Nie.
— Dobrze.
— To nie jest albatros?
— Aha. — Patrycjusz uśmiechnął się. — Widzę, że zaczyna pan rozumieć.
Mustrum Ridcully, choć posiadał duży i sprawny mózg, nie był wprawiony w sztuce obłudy. Przyjrzał się groźnemu dziobowi.
— Mnie on wygląda na jakiegoś diabelnego albatrosa, nie ma co. A pan przed chwilą mówił, że to właśnie on. Spytałem, czy to…
Patrycjusz z irytacją machnął ręką.
— Zostawmy teraz nasze ornitologiczne rozważania — rzekł. — Chodzi o to, że ptak miał w swojej kurierskiej sakiewce ten oto papier…
— Chce pan powiedzieć, że nie miał tego oto papieru? — upewnił się Ridcully, próbując pojąć zasady.
