
— A tak. Oczywiście. To właśnie chciałem powiedzieć. To nie ten. Niech pan obejrzy. — Wręczył nadrektorowi niewielki arkusik.
— Wygląda na malowanki.
— To agatejskie piktogramy.
— Znaczy: to nie są agatejskie piktogramy?
— Tak, tak. Z całą pewnością. — Patrycjusz westchnął. — Widzę, że dobrze pan przyswoił podstawowe zasady dyplomacji. A teraz… co pan o tym sądzi, jeśli wolno spytać?
— Wygląda jak maz, maz, maz, maz, Maggusa — stwierdził Ridcully.
— A z tego wnioskuje pan…?
— Studiował malarstwo, bo nie radził sobie z ortografią? Znaczy, kto właściwie to pisał? Chciałem powiedzieć: malował?
— Nie wiem. Wielcy wezyrowie przesyłali nam czasem jakieś wiadomości, ale jak rozumiem, w ostatnich latach trwają tam niepokoje. Nie jest podpisana, jak pan pewnie zauważył. Jednakże nie mogę jej zignorować.
— Maggus, maggus… — powtarzał w zadumie Ridcully.
— Piktogramy oznaczają „Przyślijcie nam natychmiast Wielkiego” — przetłumaczył Vetinari.
— …Maggusa — dokończył Ridcully, stukając palcem w papier.
Patrycjusz rzucił albatrosowi anchois. Ptak łakomie połknął rybę.
— Imperium ma pod bronią milion ludzi. Na szczęście władcom odpowiada udawanie, że wszystko poza jego granicami jest bezwartościowym, mrocznym pustkowiem zamieszkanym tylko przez wampiry i upiory. Zwykle nie interesują się tam naszymi sprawami. To szczęśliwy dla nas zbieg okoliczności, gdyż są jednocześnie chytrzy, bogaci i potężni. Prawdę mówiąc, liczyłem, że o nas zapomnieli. Aż nagle to… Mam nadzieję, że zdołam szybko wysłać tę nieszczęsną osobę i zamknąć całą sprawę.
— …maggus, maggus… — powtarzał Ridcully.
— Może chciałby pan wyjechać gdzieś na wakacje? — spytał Patrycjusz z cieniem nadziei w głosie.
— Ja? Nie. Nie znoszę zagranicznych potraw — odparł pospiesznie Ridcully. Raz jeszcze powtórzył, jakby do siebie: — Maggus…
