
Najlepsi poławiacze dagonów potrafili kierować wiatropławami jedynie poprzez dotyk palców nóg, czego im od dawna zazdrościł. Dlatego też pilnie obserwował z pokładu rodowej barki, jak w święta płynęli po dwustu-trzystu obok siebie, gdy purpurowe słońce zwane See-Why zachodziło w morze. Ich wiatropławy były na wpół oswojone, ale i tak tańczenie, żonglowanie pochodniami i skoki, które prezentowali młodsi, były godne podziwu, gdyż cały czas utrzymywali swe wierzchowce w doskonałym szyku.
Przyklęknął przed węzłem nerwowym i delikatnymi ruchami skierował wiatropława z powrotem przez kręte rzeki przepływające przez bagno, jeziora porośnięte liliami i akweny otwartej wody, na których unosiły się trzcinowe wyspy. Kilka zamieszkiwały niebieskie flamingi — na jego widok syczały zawzięcie i dumnie odchodziły. Od czasu do czasu spoglądał w niebo ku północy, szukając czarnych punktów oznaczających maszyny służby bezpieczeństwa. Nie miał złudzeń — Korodore w końcu go odnajdzie, ale nie odważy się natychmiast działać: wpierw przez parę godzin będzie go starannie obserwował. Korodore też był kiedyś młody, w przeciwieństwie do Babci, której zachowanie jednoznacznie wskazywało, że urodziła się, mając co najmniej osiemdziesiątkę.
Poza tym Korodore miał świadomość, że od jutra Dom będzie przewodniczącym, czyli z pewnego punktu widzenia jego szefem. Naturalnie nie było to w stanie skłonić go do odstąpienia od wykonywania obowiązków — Dom wątpił, by cokolwiek mogło zmusić do tego starego Korodore'a, ale…
Uśmiechnął się dumnie, płynąc prosto tam, dokąd chciał — przynajmniej poławiacze nie będą go już nazywać „czarnorękim”, choć na pełnoprawnego zielonorękiego jeszcze nie zasłużył. Ta ostatnia inicjacja mogła odbyć się tylko w głębinach podczas księżycowej nocy, gdy dagony unoszą się ku powierzchni z otwartymi muszlami o krawędziach ostrych niczym brzytwy.
