
— Radar mówi, że twoja maszyna jessst tam, o mniej niż sssto metrów, więc cię tu zossstawię.
Uścisnęli sobie dłonie, Dom podszedł do brzegu wyspy i zatrzymał się, słysząc za sobą pospieszne kroki. Phnob podbiegł doń, trzymając w ręce różowego stworka, który większość podróży przespał owinięty wokół jego szyi.
— Jutro może będą wielkie ceremonie?
— Obawiam się, że tak — przyznał z westchnieniem Dom.
— I podarki? Taka jest procedura?
— I podarki, ale Babcia mówi, że większość będzie od tych, którzy chcą zyskać względy, i że wszystkie muszę oddać.
— Ja nie chcę względów, a tego podarku nie oddasz — oznajmił phnob, podając mu podrygującego niemrawo stworka. — Wiesz, co to jessst?
— Ig. Jedno ze stworzeń w naszym planetarnym herbie, tak jak niebieskie flamingi. Jest ich podobno tylko trzysta na całej planecie, nie mogę…
— Ten był ze mną przez ostatnie cztery miesiące. Teraz będzie z tobą. Czuję, że i tak wkrótce by mnie opuśśścił.
Ig przeskoczył z jego dłoni na ramię Doma, przesunął się na jego szyję i owinął wokół niej, łapiąc w pyszczek koniec ogona. I zachrapał. Dom uśmiechnął się, na co przemytnik odpowiedział podobnym grymasem i dodał:
— Wydaje mi sssię, że przynosssił mi szczęśśście, ale mogłem to sssobie wmówić. — Spojrzał na wschodzący na południu nadęty księżyc i zmienił temat. — Teraz jessst dobra pora na połów. — W dwóch długich krokach dopadł brzegu wyspy i zniknął w wodzie i mgle.
Dom zamknął usta, stał przez chwilę w milczeniu, aż w końcu odwrócił się i skoczył do ciepłej o tej porze wody.
Obok jego własnego pojazdu na wodzie kołysał się ciężki patrolowiec ochrony. Ledwie Dom zaczął się wdrapywać na pokład swojej maszyny, na płaskim pokładzie patrolowca ukazała się uzbrojona postać. Nie niespodziewanie Dom znalazł się na celowniku molekularnego strippera zaskoczonego młodego policjanta. — O rany! Przepraszam, sir, nie poznałem… — Znalazłeś mnie, to dobrze dla ciebie — przerwał mu Dom. — Teraz możemy wracać do domu. — Takie właśnie mam rozkazy…
