
Długo tym sposobem wędrowałem po świecie, choć wciąż posuwałem się coraz dalej na wschód. Wiedziałem, że wielu jest już na ziemi z mojego gatunku, ale z jakiegoś powodu mandragora wędrowała w odwrotnym kierunku, ku zachodowi, aż zatrzymała się w krajach nad Morzem Śródziemnym. Rośnie tam do dzisiaj, choć korzenie ma znacznie mniejsze. Tymczasem ja, wędrując ku wschodowi, dotarłem nareszcie do Krainy Wschodzącego Słońca…
– Japonia! – zawołał Andre. – No to jesteśmy w domu! Ale, Rune, przeskakujesz bardzo długie okresy! Musiałeś w tych wędrówkach przeżyć niesamowicie dużo! Nie chciałbyś nam wspomnieć choćby o kilku epizodach?
Rune roześmiał się, co zabrzmiało jak krakanie wrony.
– Myślę, że to by nam zabrało zbyt wiele czasu. Ale… To i owo może mógłbym… Na przykład o synu króla w mieście Anutadhapura. Otóż nabył on mnie bardzo tanio od kupców fenickich. Zawsze tak było, że do pewnych ludzi żywiłem zaufanie, a wtedy czyniłem ich życie znacznie lżejszym i szczęśliwszym. Byłem tylko korzeniem, lecz miałem w sobie niebywałą moc, o czym również wielu z was mogło się przekonać.
Ten i ów uśmiechał się na potwierdzenie.
– Kupiec był dobrym człowiekiem, ale wiedział, jak wszyscy, że posiadanie mnie zaprowadzić go może do piekła. I w żaden sposób nie mógł się mnie pozbyć. Za każdym razem wracałem. No, trudno, rzekł w końcu niezadowolony i sprzedał mnie królewskiemu synowi imieniem Kassapa, który, niestety, do dobrych ludzi nie należał.
