
Widział wyraz oczu Morahana i rozpoznawał go. Odgadywał, jakie myśli kłębią się w głowie tego młodego człowieka. To pierwsze stadium długiego procesu, który prowadzi do nieuchronnego końca.
„To mnie nie dotyczy, ja przecież nie umrę, nie ma mowy! Ten cały doktor wygaduje głupstwa. Mnie nic nie złamie. Mogło się coś przyplątać, ale to przejściowe. W ogóle jestem nie do zdarcia. Zwalczę to…” – Operacja?
Doktor potrząsnął głową.
– Za daleko zaszło. Przerzuty są zbyt rozległe.
W pokoju słychać było jedynie ciężki oddech Morahana. To właśnie ów oddech, bolesny, a i bardzo płytki, skłonił go do szukania porady u lekarza. Bóle dotychczas ignorował. Teraz zrozumiał, że czekał zbyt długo.
Ale, oczywiście, da sobie z tym radę, naprawdę nie wybiera się jeszcze na tamten świat.
Mimo to pytanie wymknęło mu się z ust, zanim zdołał sobie uświadomić jego sens:
– Jak długo?
Doktor westchnął.
– To zawsze bardzo trudno określić.
– Czy w grę wchodzą lata?
– Nie. Raczej miesiące. Chociaż myślę, że mówić o tygodniach byłoby zbytnim pesymizmem.
– Rozumiem. Czy zdążyłbym wyjechać? To znaczy odbyć podróż? Czy starczy mi sił?
– To zależy, jak daleko i na jak długo się wybierasz.
Do domu, do Irlandii? Do nędznej robotniczej dzielnicy w Dublinie? Nic go już od dawna z tym miejscem nie wiąże. Opuścił dom jako chłopiec, by w Anglii szukać szczęścia, ale trafił dokładnie w takie same warunki jak tam. Teraz rodzice pomarli, rodzeństwo rozjechało się po świecie.
Właściwie nie bardzo zdając sobie z tego sprawę, powiedział:
– Chciałbym odwiedzić ojczyznę mojej matki, Norwegię. Wciąż z wielką tęsknotą opowiadała nam o niezwykłej piękności tego kraju. Myślę, że ucieszyłaby się, wiedząc, że tam pojechałem. Zdążę?
– Chyba możesz sobie na to pozwolić. Zauważysz przecież, gdybyś poczuł się gorzej, a wtedy wystarczy, że zgłosisz się do mnie, ja cię skieruję do odpowiedniego miejsca, do szpitala albo do hospicjum.
