
I nie było nikogo z Ludzi Lodu.
Zdarzało się, oczywiście, i przedtem, że wszyscy gdzieś wyjeżdżali, tym razem jednak to nie to…
Poszukujące myśli przesuwały się dalej. Do Voldenów. Tam też nikogo, oprócz tych idiotów, ich żon i mężów, uśpionych i chyba nie mających pojęcia o niczym.
Tengel Zły szukał dalej. Wszędzie tam, gdzie Ludzie Lodu i ich wstrętni kompani mieli zwyczaj się zbierać.
Nikogo. Nigdzie ani jednej duszy, żywej czy też któregokolwiek z tych ich przeklętych zmarłych przodków, ani nikogo z…
Nie, nie chciał myśleć o tych ohydnych zdrajcach, obciążonych dziedzictwem, którzy przeszli na drugą stronę.
Jakby ich piekło pochłonęło, wszędzie grobowa cisza i spokój, jakby na ziemi nie istniał ani jeden wróg Tengela Złego.
Czy oni sobie wyobrażają, że uda im się go przechytrzyć? Taki właśnie mają zamiar?
Wobec tego będą musieli się rozczarować. Bo nie ma nikogo, kto mógłby przechytrzyć jego, złego Tan-ghila, władcę świata!
Niech no tylko obejmie panowanie…
I to się musi dokonać teraz. Czuł to każdą najmniejszą komórką swego ciała, każdym zakamarkiem swej świadomości. Zaczyna się budzić, nie ma co do tego najmniejszych wątpliwości. I tym razem jest to nieodwołalne, nic nie może go powstrzymać, nie istnieje już żaden usypiający flet, nie ma na świecie nic, co mogłoby go znowu pogrążyć w tej upokarzającej drzemce.
A więc drżyj, Ziemio! A przede wszystkim drżyjcie ze strachu i przerażenia wy, podstępni potomkowie Ludzi Lodu, którzy nie posłuchaliście moich rozkazów wtedy, przed wiekami, kiedy jeszcze panowałem nad Lodową Doliną?
Ale gdzież oni się teraz podziewają? Ukryte oczy szukały, przenikały nocny mrok i mgłę, szukały w czasie i przestrzeni. Musi ich odnaleźć, musi, musi! Oni pierwsi zostaną unicestwieni!
Tylko gdzie! Gdzie się ukryli jego zbuntowani potomkowie?
