
Zaczął odcinać małym scyzorykiem, umocowanym do kółka z kluczami, ponadmetrowe kawałki taśmy. Po drodze na dół przywiązywał je mniej więcej w równych odstępach do gałęzi i krzewów. Gdy znalazł się bliżej ulicy, dobiegły go głosy, co pomogło mu określić, gdzie się znajduje. W pewnym miejscu grunt gwałtownie osunął mu się pod nogami. Harry przewrócił się, zjechał w dół i uderzył silnie w podstawę pnia sosny. Trafił w nią brzuchem, rozdzierając koszulę i paskudnie kalecząc bok.
Nie ruszał się przez kilka sekund. Podejrzewał, że mogły mu pęknąć żebra po prawej stronie. Oddychał z trudem, bolało jak diabli. Jęknął głośno i podniósł się powoli, przytrzymując się pnia.
Wytężył słuch, by ponownie się zorientować się skąd dobiega ją głosy.
Wkrótce dotarł do ulicy, gdzie czekał na niego doktor Guyot z psem i drugim mężczyzną. Obydwaj wyglądali na zaszokowanych widokiem krwi na koszuli Boscha.
– O rany, co się stało? – zawołał Guyot.
– Nic. Przewróciłem się.
– Pańska koszula… Jest na niej krew.
– Tak to już bywa w tym zawodzie.
– Pozwoli pan, że obejrzę.
Lekarz ruszył w jego stronę, ale Bosch uniósł rękę.
– Nic mi nie jest. Kto to?
– Jestem Victor Ulrich – odparł drugi mężczyzna. – Mieszkam tutaj. – Wskazał dom sąsiadujący z pustą posesją. Bosch skinął głową. – Wyszedłem tylko zobaczyć, co się dzieje.
– No, na razie nic się nie dzieje, ale mamy tam miejsce przestępstwa. Albo będziemy mieli. Pracę zaczniemy pewnie dopiero jutro rano. Proszę panów jednak, byście tam nie wchodzili i nikomu o tym nie mówili, dobrze? – Obaj sąsiedzi pokiwali głowami. – I niech pan przez kilka dni nie spuszcza psa ze smyczy, doktorze. Muszę wracać do samochodu, żeby zadzwonić. Panie Ulrich, na pewno będziemy chcieli jutro rano z panem porozmawiać. Będzie pan w domu?
