
– Pewnie. Przez cały dzień. Pracuję w domu.
– Co pan robi?
– Jestem pisarzem.
– W porządku. Do zobaczenia jutro.
Bosch ruszył w dół ulicy z Guyotem i psem.
– Naprawdę powinien pan pozwolić mi obejrzeć swoje obrażenia – upierał się lekarz.
– Nic mi nie będzie.
Bosch obejrzał się w lewo i wydało mu się, że w oknie mijanego domu szybko opadła zasłonka.
– To, jak pan się porusza przy chodzeniu, sugeruje, że żebro zostało uszkodzone – powiedział Guyot. – Może nawet je pan złamał. Niewykluczone, że więcej niż jedno.
Boschowi przypomniały się małe, cienkie kości, które niedawno widział pod akacjami.
– Złamałem czy nie, i tak nic pan na to nie poradzi – odrzekł.
– Mogę je obandażować. Będzie panu znacznie lżej oddychać. Mogę również opatrzyć tę ranę.
– No dobrze, doktorze, wyciągaj pan swoją czarną walizeczkę – ustąpił Bosch. – Wyjmę tylko drugą koszulę.
Kilka minut później w domu Guyota lekarz oczyścił głębokie zadrapanie na boku Harry'ego i unieruchomił mu plastrem żebra. Detektyw poczuł ulgę, ale i tak go bolało. Guyot powiedział, że nie może już wypisywać recept, ale zasugerował, by Bosch i tak nie brał niczego mocniejszego od aspiryny.
Bosch przypomniał sobie, że po usunięciu kilka miesięcy wcześniej zęba mądrości została mu fiolka z kilkoma tabletkami vicodinu. Mógł pozbyć się bólu, gdyby zaszła taka potrzeba.
– Nic mi nie będzie – powtórzył. – Dziękuję, że pan to opatrzył.
