
Zapaliła się lampa wisząca nad masywnymi drewnianymi drzwiami. Teresa otworzyła, nim do nich dotarł. Miała na sobie ciemne spodnie i kremową bluzkę. Prawdopodobnie wybierała się na noworoczne przyjęcie. Popatrzyła nad ramieniem Boscha na jego samochód w policyjnych barwach, chociaż nieoznakowany.
– Uwińmy się, zanim zalejesz mi olejem podjazd.
– Mnie też miło cię widzieć, Tereso.
– To to? – Wskazała pudełko.
– Owszem.
Podał jej zdjęcia i zaczął mówić, zdejmując przykrywkę. Najwyraźniej nie zamierzała zaprosić go na lampkę noworocznego szampana.
– Chcesz to zrobić tutaj?
– Mam mało czasu. Myślałam, że przyjedziesz wcześniej. Co za kretyn je zrobił?
– No, ja.
– Nic na nich nie widać. Masz rękawiczkę?
Bosch wyciągnął lateksową rękawiczkę z kieszeni marynarki i podał ją Teresie. Wyjął jej z ręki fotografie i schował je do wewnętrznej kieszeni. Teresa z wprawą naciągnęła rękawiczkę i sięgnęła do otwartego pudełko. Przytrzymała kość pod światło. Bosch milczał. Czuł silną woń jej perfum – pozostałość z czasów, kiedy spędzała więcej godzin na salach sekcyjnych.
Po pięciu sekundach Teresa odłożyła kość do pudełka.
– Ludzka.
– Na pewno?
Spojrzała na niego z niechęcią, ściągając z trzaskiem rękawiczkę.
– To kość ramienna. Powiedziałabym, że dziesięcioletniego dziecka. Może przestałeś doceniać moje umiejętności, Harry, ale nadal znam się na tym.
Wrzuciła rękawiczkę do pudełka na wierzch kości. Bosch zniósłby wszelkie jej docinki, ale zirytował go sposób, w jaki bezceremonialnie rzuciła kawałek tworzywa sztucznego na szczątki dziecka.
