
Znowu zawracanie głowy jakimś gnatem. Zdarzało się to setki razy i zawsze kończyło tak samo. Kojot, łania, cokolwiek. Ale posłuchaj, ten facet z psem to lekarz. Mówi, że nie ma żadnych wątpliwości. To kość ramienna. Nazwał to nawet po łacinie: humerus. Mówi, że należała do dziecka, Harry. I coś jeszcze: słuchaj uważnie. Powiedział, że… – Zapanowała cisza; Mankiewicz najprawdopodobniej wertował notatki. Bosch patrzył, jak niebieska furgonetka z biura koronera włącza się do ruchu. Gdy Mankiewicz odezwał się ponownie, niewątpliwie czytał: – Kość nosi wyraźny ślad złamania tuż nad nad kłykciem środkowym – cokolwiek to jest. – Bosch zacisnął szczęki. Poczuł przebiegający mu po karku dreszcz. – Czytam z notatki; nie wiem, czy dobrze zapisałem. W każdym razie problem w tym, że według lekarza to był dzieciak, Harry. Nie psuj nam więc humoru i sprawdź ten humerus, dobrze? – Bosch nie odpowiedział. – Przepraszam, nie mogłem sobie odmówić.
– Naprawdę śmieszne, Mank. Jaki adres?
Mankiewicz podał go i powiedział, że wysłał już wóz patrolowy.
– Miałeś rację, że nie użyłeś radia. Niech tak zostanie.
Mankiewicz się zgodził. Bosch złożył telefon i włączył silnik.
Przed zjechaniem z krawężnika obejrzał się na wejście do domu spokojnej starości Splendid Age. Wbrew nazwie nie było w nim żadnego splendoru. Zdaniem personelu kobieta, która powiesiła się w garderobie przy miniaturowej sypialni, nie miała żadnych krewnych. Po śmierci czekało ją to samo co za życia – samotność i zapomnienie.
Harry zjechał na ulicę i ruszył w stronę Laurel Canyon.
Rozdział 2
W trakcie jazdy w głąb kanionu, a następnie ku Lookout Mountain w stronę Wonderland Avenue, Bosch słuchał relacji z meczu Lakersów.