
Bosch wszedł i przedstawił się. Siwowłosy mężczyzna powiedział, że nazywa się Paul Guyot i jest lekarzem ogólnym. Wychyliwszy się naprzód, Bosch zobaczył, że w pudełku znajduje się kość, która ich tu wszystkich sprowadziła. Była ciemnobrązowa i wyglądała jak węźlasty, przyniesiony przez prąd rzeczny kawałek drewna. Zobaczył również psa, który leżał na podłodze obok fotela lekarza. Pies był wielki, żółtej maści.
– A więc o to chodzi – powiedział Bosch, zaglądając ponownie do pudła.
– Tak, detektywie, to wasza kość – odrzekł Guyot. – Jak widać… – Sięgnął na półkę za sobą po ciężki tom „Anatomii” Graya i otworzył ją na wcześniej zaznaczonej stronie. Bosch zauważył, że lekarz ma na dłoniach lateksowe rękawiczki. Na karcie znajdowały się ilustracje ukazujące kość z przodu i z tyłu. W rogu strony był mały szkic szkieletu z zaznaczonymi kośćmi ramiennymi obu rąk -… jest to kość ramienna – dokończył Guyot, stukając w obrazek. -A tutaj mamy znaleziony okaz. – Wyjął ostrożnie kość z pudełka. Trzymając ją nad ilustracją w książce, przeprowadził porównanie kolejnych punktów topograficznych: – Nadkłykieć środkowy, bloczek, guzek większy i mniejszy – powiedział. – Wszystko się zgadza. Właśnie mówiłem tej parze funkcjonariuszy, że nie muszę nawet zaglądać do anatomii, żeby poznać się na kości. Jest ludzka, detektywie. Bez żadnych wątpliwości.
Harry popatrzy! Guyotowi w twarz. Przebiegł po niej ulotny dreszcz; niewykluczone, że była to pierwsza oznaka drżenia parkinsonowskiego.
– Jest pan na emeryturze, doktorze?
– Tak, ale to nie znaczy, że nie rozpoznam kości, jeśli mam ją…
