
– Nie kwestionuję pana wiedzy. – Bosch zmusił się do uśmiechu. – Skoro pan mówi, że jest ludzka, to panu wierzę, zgoda? Po prostu staram się zorientować, na czym stoimy. Może pan ją już włożyć do pudelka. – Guyot schował kość w kartonie. – Jak się wabi pański pies?
– Calamity. – Bosch popatrzył na sukę. Chyba spała. – Jako szczeniak sprawiała mnóstwo kłopotów.
Bosch pokiwał głową.
– Jeśli nie trudzi pana powtarzanie, to może opowie pan raz jeszcze, co się dzisiaj wydarzyło.
Guyot opuścił rękę i pogładził Calamity. Popatrzyła przez chwilę na swojego pana, po czym znów opuściła łeb i przymknęła ślepia.
– Zabrałem Calamity na popołudniowy spacer. Zwykle po dojściu do ronda zdejmuję jej smycz i pozwalam pobiegać po lesie. Lubi to.
– Co to za pies? – zapyta! Harry.
– Żółty labrador – odpowiedziała szybko Brasher zza jego pleców.
Bosch obejrzał się na nią. Zdała sobie sprawę, że wtrącenie się było błędem, kiwnęła głową i cofnęła się do partnera stojącego w drzwiach gabinetu.
– Możecie już jechać, jeśli macie jakieś wezwania – powiedział Bosch. – Poradzę sobie.
Edgewood skinął głową i dał partnerce znak, że wychodzą.
– Dziękujemy, panie doktorze – powiedział przed odejściem.
– Nie ma za co.
Boschowi nasunęła się pewna myśl.
– Hej, chwileczkę. – Edgewood i Brasher odwrócili się. – Nie meldujcie o tym przez radio, dobrze?
– Załatwione – odparła Brasher, nie odrywając od Boscha wzroku, dopóki nie popatrzył w inną stronę.
