
Start!
Hutzler był największym sklepem wielobranżowym w mieście. To, że zbliża się Boże Narodzenie, obwieszczał wielkim sztucznym kominkiem, na którego krawędzi siedział okrakiem Święty Mikołaj. Właściwie to wchodził czy schodził? Nigdy nie wiedziała. Nauczyła się wypatrywać tej czerwonej plamy, obiecującej, że dom już blisko, odpowiednika morskich ptaków wskazujących żeglarzom niedaleki brzeg. Zrobiła z tego swój tajny rytuał, coś jak liczenie odcinków pasa, znikających pod przednimi kołami wozu, żeby pokonać chorobę lokomocyjną, z której nigdy do końca nie wyrosła. Później też trzymała buzię na kłódkę, kiedy próbowano wyciągnąć od niej informacje o niej samej, świadoma różnicy między ekscentrycznością, która mogła nawet być interesująca, a natręctwami, czyniącymi ją równie dziwaczną jak babcia – albo, mówiąc już zupełnie szczerze, taką jak ojciec. Jednak pewnego dnia takie zdanie samo jej się wymsknęło, wesoło i bez skrępowania, kolejna część sekretnego dialogu, który prowadziła ze sobą, uciekając przed światem.
– Widzę sklep Hutzlera.
Ojciec natychmiast zrozumiał, o co chodzi, w przeciwieństwie do matki i siostry. Chyba zawsze potrafił dostrzegać ukryte znaczenie jej słów, co wydawało się nawet wygodne, gdy była mała, a kiedy urosła, stawało się straszne. Problem polegał jednak na tym, że on nalegał, by zmieniła ten swój okrzyk towarzyszący powrotowi do domu w grę, jakiś konkurs dla całej rodziny.
