
– Zamykamy frontowe drzwi przed obcymi, ale nigdy przed sobą nawzajem – mawiał.
I tak oto zaanektował zdanie: „Widzę sklep Hutzlera” do wspólnego rodzinnego dobra, zachęcał wszystkich do rywalizacji o to, kto powie je pierwszy. Gdy reszta rodziny postanawiała wziąć udział w zabawie, ostatni kilometr po obwodnicy stawał się nieznośny z powodu ogarniającego ich napięcia. Siostry wyciągały szyje, wychylały się w starych pasach bezpieczeństwa, zapinanych tylko na dłuższe trasy. Tak właśnie wtedy było. W pasach jeżdżono tylko w dłuższe trasy, nie noszono rowerowych kasków, a deskorolki robiło się ze starych wrotek i desek pełnych drzazg. Ściśnięta swoim pasem czuła wtedy, jak jej żołądek się kurczy, a puls gwałtownie przyspiesza – ale, w sumie, po co? Tylko po to, żeby zyskać pustą sławę tej, która pierwsza głośno wypowie słowa, choć i tak zawsze pierwsza mówiła je sobie w myślach? Tak jak we wszystkich proponowanych przez ojca konkursach, nie było żadnej nagrody, żadnego celu. Nie mając więc zagwarantowanego zwycięstwa, robiła to co zwykle – udawała, że nic ją nie obchodzi.
Ale teraz znalazła się tutaj znowu, z gwarancją, że wygra, jeśli tylko zechce – równie pustą, jak takie zwycięstwo, a mimo to jej żołądek wciąż się kurczył.
