
Ale przynajmniej kobieta w łóżku dostrzegała Kay, co stanowiło już więcej, niż zdołali uczynić niektórzy zapatrzeni w siebie pacjenci.
– Jesteś stąd? – spytała pacjentka.
– Mieszkam tu całe życie. Dorastałam w północnozachodnim Baltimore.
– A ile masz lat? Czterdzieści pięć?
Ach, jak to boli. Kay przyzwyczaiła się już do tej wersji siebie, która odbijała się w lustrach i szybach, a nawet ją polubiła, ale teraz musiała zastanowić się nad tym, co widzieli obcy – krótki, przysadzisty korpus, siwe włosy do ramion, bardzo ją postarzające. Nieźle się trzymała, jeśli chodziło o zdrowie i kondycję, ale ciężko było swoim strojem albo w trakcie przygodnej rozmowy pokazać dobre ciśnienie krwi, właściwą gęstość kości i odpowiedni poziom cholesterolu.
– Właściwie trzydzieści dziewięć.
– Powiem nazwisko.
– Swoje nazwisko?
– Nie, jeszcze nie teraz. Powiem nazwisko.
– Tak?
– Może je znasz. A może nie. To zależy od tego, jak je wypowiem. To nazwisko dziewczynki, ona nie żyje. Przynajmniej tak sądzono przez wiele lat. I jest jeszcze druga dziewczynka, ta żyje i jest już trudniej wytłumaczyć.
– Jesteś…
– Siostry Bethany. Wielkanoc, 1975 rok.
– Bethany… och. Och.
Kay wszystko się przypomniało. Dwie siostry, które gdzieś poszły, tylko gdzie, do kina? Do centrum handlowego? Widziała, jak są do siebie podobne; starsza z gładkim kucykiem, młodsza z warkoczykami. Przypomniała sobie panikę, która wtedy ogarnęła miasto.
