
– Arthur Goode porwał więcej niż jednego chłopca – odezwała się Gloria, jakby czytała mu w myślach. – Ale to jeszcze nie było za twoich czasów. Porwał tutaj, w Baltimore, chłopca roznoszącego gazety i kazał mu patrzeć na… Tak czy siak, wypuścił go całego i zdrowego. Goode został później stracony na Florydzie za podobne przestępstwa.
– Pamiętam – odezwała się kobieta na łóżku. – Bo to było tak jak z nami, ale jednak inaczej. My byłyśmy siostrami. I…
Urwała. Przyciągnęła kolana do piersi, objęła niezabandażowanym ramieniem i płakała tak, jakby złapały jąwymioty. Łzy i szloch, bez przerwy, aż Infante zaczął się martwić, że kobieta się odwodni.
– To jest Heather Bethany – oznajmiła Gloria. – A może była, wiele lat temu. Najwyraźniej dużo czasu minęło, od kiedy ostatnio używała prawdziwego nazwiska.
– Co się stało z jej siostrą?
– Została zabita – wyłkała kobieta. – Zamordowana. Jej kark trzasnął na moich oczach.
– A kto to zrobił? Gdzie to się stało?
Infante do tej pory cały czas stał, ale teraz przysunął sobie krzesło. Mógł tu spędzić długie godziny. Powinien przynieść magnetofon, nagrać oficjalne zeznanie. Zastanawiał się, czy ta sprawa naprawdę była tak sensacyjna, jak twierdziła Gloria. Ale nawet jeśli prawniczka przesadzała, cała historia mogła przecież zmutować w stek bzdur, gdy tylko wieści się rozejdą. Należało zajmować się tym powoli, delikatnie.
– Gdzie pani była i dlaczego dopiero po tak długim czasie zdecydowała się o tym mówić?
Heather, chwytając się za prawe ramię, podniosła się znowu do pozycji siedzącej, potem otarła oczy i nos wierzchem dłoni, jak dziecko.
– Przepraszam, ale nie mogę tego wyjaśnić. Po prostu nie mogę. Żałuję, że w ogóle cokolwiek powiedziałam.
