
Instynkt samozachowawczy, który ocalił ludzkość przed zagładą, mówi mi, że Rob Westerfield nosi w sobie przyczajoną bestię i kiedy wyjdzie na wolność, znowu uderzy.
8
Poczułam łzy napływające do oczu, więc odwróciłam się od okna, sięgnęłam po walizkę i rzuciłam ją na łóżko. Prawie się uśmiechnęłam, gdy wypakowałam jej zawartość, uświadomiwszy sobie, że trzeba z mojej strony tupetu, aby nawet w duchu krytykować Pete’a Lawlora za niedbały sposób ubierania się. Ja miałam na sobie dżinsy i rozciągnięty golf. Do walizki, poza koszulą nocną i bielizną, zabrałam tylko długą wełnianą spódnicę i dwa swetry. Moje ulubione buty to drewniaki, i to też nieźle, bo mam metr siedemdziesiąt pięć wzrostu. Włosy zachowały swój piaskowy odcień. Noszę je rozpuszczone albo upinam w kok lub też związuję z tyłu.
Piękna, kobieca Andrea przypominała matkę. Ja mam twarde rysy ojca, które bardziej pasują do mężczyzny niż do kobiety. Nikt nigdy nie nazwie mnie gwiazdką na świątecznej choince.
Kuszące zapachy napływały z sali jadalnej i zdałam sobie sprawę, że jestem głodna. Złapałam poranny rejs z Atlanty i oczywiście musiałam zjawić się na lotnisku na długo przed odlotem. Cały mój posiłek, jeśli można to tak nazwać, składał się z filiżanki podłej kawy.
Była pierwsza trzydzieści, kiedy zeszłam do jadalni, i tłum przybyłych na lunch gości już się przerzedzał. Bez trudu znalazłam miejsce, mały stolik w pobliżu płonącego kominka. Nie miałam pojęcia, jak jest zimno, dopóki nie poczułam ciepła przenikającego moje ręce i stopy.
– Podać pani coś do picia? – spytała kelnerka, uśmiechnięta siwowłosa kobieta z imieniem „Liz” na plakietce.
