
Dlaczego nie, pomyślałam i zamówiłam kieliszek czerwonego wina.
Kiedy wróciła, powiedziałam jej, że zdecydowałam się na zupę cebulową, a ona odrzekła, że to zawsze była specjalność zakładu.
– Długo tu pracujesz, Liz? – spytałam.
– Dwadzieścia pięć lat. Aż trudno uwierzyć.
Mogła nas obsługiwać przed laty.
– Nadal podajecie masło orzechowe i kanapki z dżemem? – spytałam.
– Och tak, pewnie. Czy jadła je pani?
– Owszem, jadłam. – Natychmiast pożałowałam, że o tym wspomniałam. Ostatnia rzecz na świecie, jakiej sobie życzyłam, to ta, aby ludzie pamiętający dawne czasy uświadomili sobie, że jestem „siostrą owej dziewczyny, która została zamordowana dwadzieścia trzy lata temu”.
Ale Liz najwidoczniej była przyzwyczajona do gości, chwalących się, że jedli coś w tej gospodzie przed laty, i bez żadnych dalszych komentarzy odeszła od stolika.
Sączyłam wino i stopniowo zaczęłam przypominać sobie różne okazje, kiedy wpadaliśmy tu całą rodziną, gdy jeszcze byliśmy rodziną. Zwykle urodziny i kolacje po powrocie z przejażdżek. Ostatni raz przyszliśmy tu podczas wizyty mojej babci mieszkającej prawie od roku na Florydzie. Pamiętam, że mój ojciec odebrał ją z lotniska i spotkał się z nami tutaj. Mieliśmy dla niej tort. Różowe litery na białym lukrze układały się w napis: „Witaj w domu. Babciu”.
Rozpłakała się i były to łzy szczęścia. Ostatnie łzy szczęścia, jakie popłynęły w naszej rodzinie. I ta myśl przywiodła mi na pamięć łzy wylane w dniu pogrzebu Andrei i straszną publiczną kłótnię między matką a ojcem.
9
Po pogrzebie wróciliśmy do domu. Kobiety z sąsiedztwa przygotowały stypę i było tam mnóstwo ludzi: nasi dawni sąsiedzi z Irvington, nowe przyjaciółki matki z naszej parafii, członkinie jej klubu brydżowego i wolontariuszki ze szpitala. Było tam również wielu starych przyjaciół i kolegów z pracy ojca, niektórzy w mundurach i na służbie, i ci wpadli tylko na chwilę, żeby złożyć kondolencje.
