
Pięć minut później dotarła do polany i pognała przez pole do posiadłości Westerfieldów. Czując się coraz bardziej samotna, przebiegła przez długi podjazd i okrążyła rezydencję, maleńka postać zagubiona w zgęstniałych cieniach nadciągającej burzy.
Garaż miał boczne drzwi i to właśnie one zawsze były otwarte. Mimo to Ellie dobrą chwilę nie mogła sobie poradzić z przekręceniem gałki. Wreszcie jej się udało i weszła do mrocznego wnętrza. Garaż był dostatecznie duży, by pomieścić cztery samochody, ale gdy pani Westerfield wyjeżdżała pod koniec lata, zostawiła tylko furgonetkę. Andrea i jej przyjaciółki przyniosły kilka starych koców, aby mieć na czym siedzieć, kiedy tu przychodziły. Siadywały zawsze w tym samym miejscu, w tyle garażu za furgonetką, tak aby nikt, kto zajrzałby przypadkiem przez okno, nie mógł ich zobaczyć. Ellie wiedziała, że jeśli siostra tu jest, to ukrywa się właśnie tam.
Nagle ogarnął ją strach. Bała się, choć nie wiedziała dlaczego. Teraz, zamiast biec, musiała całym wysiłkiem woli przestawiać stopy do przodu, by dotrzeć na tył garażu. I nagle to zobaczyła – brzeg koca wystający zza furgonetki. Andrea tu jest! Ona i jej przyjaciółki nigdy nie zostawiały koców na widoku; wychodząc, zawsze je zwijały i chowały w szafce ze środkami do czyszczenia.
– Andrea…
Teraz znowu pobiegła, wołając cicho, aby nie przestraszyć siostry. Pewnie śpi, uznała Ellie.
Tak, śpi. Choć garaż wypełniały cienie, dziewczynka widziała długie włosy Andrei wysypujące się spod koca.
– Andrea, to ja. – Ellie osunęła się na kolana obok siostry i odchyliła koc okrywający jej twarz.
Andrea miała na twarzy maskę, straszną maskę potwora, która wyglądała na lepką i kleistą. Ellie wyciągnęła rękę, aby ją zdjąć, i jej palce trafiły w głębokie pęknięcie na czole. Kiedy się cofnęła, uświadomiła sobie, że klęczy w kałuży krwi, którą przesiąknęły jej spodnie.
