
– Och! – jęknął ktoś wśród zgromadzonych.
Wójt surowo popatrzył na zebranych.
– Przyjrzyjcie się więc waszym mężom, kobiety! Jeśli okaże się, że któryś z nich wychodzi nocą, wezwijcie mnie! Przyglądajcie się ich zębom! Być może między nimi nadal tkwi nić z materiału, a na twarzy widnieją ślady krwi…
Are westchnął cicho.
– A kobiety w błogosławionym stanie niechaj lepiej wieczorami siedzą w domu – ciągnął wójt. – Są bowiem szczególną przynętą dla wilkołaka.
– Och, przestańcie opowiadać te bajdy – rzucił porywczo Andreas. – Przywieźliście je tu z waszego kraju. W Norwegii nie ma wilkołaków.
– Jak to nie ma? Oczywiście, że są – odparł wójt, rozgorączkowany, z zaczerwienioną twarzą. – Macie nawet niedźwiedzie, które porywają kobiety i dzieci. A u nas ich nie ma.
– Tak, tak, Andreasie – powiedział spokojnie Are. – Już w czasach wikingów żyli ludzie-wilki. Ale uważam, że nie trzeba o tym głośno mówić, dopóki nie wiemy nic o tych kobietach. I zastanawiam się, dlaczego wilkołak, jeżeli naprawdę krąży po okolicy, ściągnął tu obce kobiety?
– Czy aby na pewno obce? – zapytał inny mężczyzna. – A jak było z Lisen Gustava? Tą, która zeszłej jesieni wyjechała za służbą? Obiecywała, że napisze do domu, a wcale się nie odezwała. Nie przyjechała też na Boże Narodzenie, jak było umówione.
– Czy wyruszyła w podróż wieczorem? – dopytywał się wójt.
– Tego nie wiem. Zapytajcie Gustava.
– Nie omieszkam tego uczynić – odburknął stróż prawa.
Las był ciemny i niemy. Nikt nie chciał stać samotnie. Ludzie garnęli się do siebie, skupiali w większe grupy. Ciężkie, szaroczarne chmury wisiały nad wierzchołkami świerków. Coś mogło kryć się między drzewami.
Are polecił zapalić pochodnie, by rozświetlić zapadający zmierzch. Z Lipowej Alei i Grastensholm przybyli mężczyźni z łopatami i ostrożnie rozpoczęto kopanie.
