Wówczas tak samo jak inni śmiał się z tej dziwnej dziewczyny.

Teraz czuł lekkie ukłucie wyrzutów sumienia. Wydoroślał i więcej rozumiał.

Leżąca poniżej wieś spokojnie odpoczywała w ten szary, zimny dzień. Kościół wydawał się nieco zniszczony. Pastor wspominał, że trzeba koniecznie naprawić wieżę w tym roku, ale parafianie puścili to mimo uszu. Uważali, że nie stać ich na takie wydatki.

Ale przyjdzie dzień, kiedy trzeba ta będzie zrobić, przyznał w duchu, jeżeli wieża ma się nie zawalić.

W oddali dostrzegł dach dworu Gabrielli i Kaleba. Prowadzili tam teraz dom dla sierot – oni i Eli. Nie mieli więcej dzieci poza zmarłą w dniu narodzin córką, ale nawet prawdziwi rodzice nie mogli bardziej kochać własnych dzieci, niż oni kochali Eli. Niewiele już było ludzi, którzy pamiętali, że jest ona ich przybranym dzieckiem. Stanowili szczęśliwą rodzinę. Andreas znów się uśmiechnął. Mieszkańcy dworu różnili się między sobą wiekiem dokładnie o dziesięć lat. Kaleb miał teraz trzydzieści sześć, Gabriella dwadzieścia sześć, Eli szesnaście, a dziecko, gdyby żyło, miałoby sześć lat. Lepiej jednak, że nie dane mu było przeżyć – Kalebowi i Gabrielli niełatwo byłoby wychować stworzenie napiętnowane złym dziedzictwem Ludzi Lodu.

Sam Andreas mógł mieć teraz pewność, że jego dzieci będą całkiem normalne, i najwyższy już chyba czas, by się o nie postarał…

Najpierw jednak musi znaleźć sobie odpowiedni materiał na żonę.

Tak, tak, ale z tym chyba nie ma pośpiechu.

Andreas odetchnął głęboko i podniósł się tak gwałtownie, że aż zatrzeszczały mu kości. Czas już wrócić do pługa, jeśli mam skończyć przed wieczorem, pomyślał.

Pracował długo. Zdążę chyba przeorać pole jeszcze raz, powtarzał w duchu. I jeszcze raz. I jeszcze…

Ciężkie od deszczu chmury, przesuwające się nad wierzchołkami świerków, nabrały już ciemnej barwy wieczoru, kiedy zajął się ostatnim skrawkiem ziemi pomiędzy skałami. Chciał ten kawałeczek też włączyć do pola, bo zapowiadał się nieźle; nie rosło na nim zbyt wiele trawy.



4 из 178