
Kiedy zeskakiwał z konia, otoczyli go, mocno poruszeni.
– Ależ, Andreasie – odezwał się Brand. – Straszliwie pobladłeś. Co się stało?
– Znalazłem zabitego człowieka na polu, tam na górze. Najlepiej będzie, jeśli od razu wezwiemy wójta, by nie mógł nam zarzucić najmniejszej zwłoki.
– Co ty mówisz, chłopcze? Zaraz poślę parobka.
Wójt mieszkał w sąsiedniej, ale niezbyt daleko położonej wiosce. Trzeba było tylko dostać się na drugą stronę wzgórza.
– Sprowadźcie także Kaleba – powiedział Andreas.
– Dobrze, tak zrobimy.
Niebawem cały dwór wiedział już o wszystkim i ludzie małymi grupkami zaczęli podążać ku leśnemu poletku. Niektórzy zaciekawieni, inni z postanowieniem, że choć nie będą patrzeć na zwłoki, to i tak muszą być świadkami wydarzeń. Gospodarze z Lipowej Alei bardzo się spieszyli, żeby dotrzeć na polanę przed wszystkimi i dopilnować porządku.
Andreas zatrzymał napierającą gromadę na skraju lasu.
– Nie wchodźcie na polanę, bo możecie zadeptać ślady, a wtedy będziecie mieć wójta na karku! – wołał. – Jeżeli już koniecznie musicie to zobaczyć, stańcie na skałach!
Brand i Are przyglądali się zwłokom.
– Och – odezwał się Brand. – Teraz pojmuję, że to mógł być dla ciebie szok, Andreasie.
Andreas odparł w zamyśleniu:
– Spójrzcie na kawałki darni! Jak starannie je poukładano! To zostało zrobione tej wiosny.
Ludzie ze dworu dotarli już na miejsce i przypatrywali się znalezisku z przerażeniem, ale i z niezdrowym podnieceniem. Niektórzy szybko odchodzili, bladozieloni na twarzach.
– Kto to może być, jak sądzicie? – zapytał stajenny.
– Wydaje się, że to kobieta – odparł Andreas. – Czy nikt z naszej parafii nie zaginął?
Nikt o nikim takim nie słyszał.
Are nadal wpatrywał się w trawę, ostrożnie stąpając po kępkach.
– Spójrzcie – powiedział cicho, a wszyscy przysłuchiwali się w napięciu. – Czy widzicie, że trawa podzielona jest na kwadraty? Każdy z nich musi stanowić odłożony na miejsce kawałek darni, prawda?
