
– Aj-ja, nawet demon wyskoczyłby ze skóry, gdyby ją zobaczył.
Kiedy byłam mała, lubiłam dotykać palcami ust Drogiej Cioci. Stanowiły dla mnie zagadkę. Połowa była szorstka i nierówna, a połowa gładka i zawsze zamknięta. Wnętrze prawego policzka było sztywne jak wyprawiona skóra, a lewego wilgotne i miękkie. W miejscach poparzeń z dziąseł wypadły zęby. Język przypominał spieczony korzeń. Nie mogła kosztować smaku przyjemności życia: słonego ani gorzkiego, kwaśnego ani cierpkiego, ostrego, słodkiego ani tłustego.
Nikt poza mną nie rozumiał mowy Drogiej Cioci, więc musiałam powtarzać na głos wszystko, co chciała powiedzieć. Tak naprawdę nie wszystko, bo nie powtarzałam naszych sekretnych opowieści. Często mówiła mi o swoim ojcu, Sławnym Nastawiaczu Kości z Ust Góry, o jaskini, gdzie znaleźli smocze kości, które były święte i mogły uleczyć każdy ból z wyjątkiem bólu zasmuconego serca.
– Opowiedz mi jeszcze raz – powiedziałam tamtego ranka, chcąc posłuchać historii o tym, jak poparzyła sobie twarz i została moją piastunką.
Byłam połykaczką ognia – zaczęły mówić jej ręce i oczy. Setki łudzi przychodziły obejrzeć moje występy na rynku. Wrzucałam sobie do ust jak do kociołka na ogniu kawałki surowej wieprzowiny, dodawałam papryczki i pastę fasolową, mieszałam, a potem częstowałam ludzi kąskami takiej potrawy. Kiedy mówili: “Pyszne!", otwierałam usta jak sakiewkę, żeby wrzucali do nich miedziaki. Ale pewnego dnia połknęłam ogień, a on wrócił, żeby połknąć mnie. Postanowiłam wtedy, że nie chcę już być garnkiem, więc zostałam twoją piastunką.
Śmiałam się i klaskałam w dłonie, bo ta zmyślona opowieść podobała mi się najbardziej. Poprzedniego dnia Droga Ciocia powiedziała mi, że przyglądała się, jak z nieba spada nieszczęśliwa gwiazda, która po chwili wpadła jej do ust i poparzyła twarz. Dzień wcześniej natomiast mówiła, że zjadła coś, co – jak sądziła – było ostrą potrawą z Hunanu, a okazało się używanym do gotowania węglem.
