
– Dość tych czułości – powiedziała Nenneke, wygładzając na sobie fałdy śnieżnobiałego stroju kapłanki. – Idziemy do kaplicy, Iola, Eurneid, podtrzymajcie jej suknię, bo wywali się na schodach.
Yennefer zbliżyła się do Geralta, dłonią w białej koronkowej rękawiczce poprawiła mu kołnierz czarnego, szamerowanego srebrem kaftana. Wiedźmin podał jej ramię.
– Geralt – szepnęła mu tuż obok ucha – wciąż nie mogę w to uwierzyć…
– Yen – odszepnął. – Kocham cię.
– Wiem.
XI
– Gdzie do jasnej cholery, jest Herwig?
– Nie mam pojęcia – rzekł Jaskier, przecierając rękawem klamry modnego kubraka barwy wrzosu. – A gdzie jest Ciri?
– Nie wiem – zmarszczyła się Yennefer i pociągnęła nosem. – Ależ śmierdzi od ciebie pietruszką, Jaskier. Przeszedłeś na wegetarianizm?
Goście schodzili się, powoli zapełniając ogromną kaplicę. Agloval, cały w ceremonialnej czerni, prowadził biało-seledynową Sh'eenaz, obok nich dreptała gromada niziołków w brązach, beżach i ochrach, Yarpen Zigrin i smok Villentretenmerth, obaj skrzący się od złota, Freixenet i Dorregaray w fioletach, królewscy posłowie w barwach heraldycznych, elfy i driady w zieleniach i znajomi Jaskra we wszystkich kolorach tęczy.
– Widział ktoś Lokiego? – spytał Myszowór.
– Loki? – Eskel, podchodząc, spojrzał na nich zza bażancich piór, dekorujących beret. – Loki był z Herwigiem na rybach. Widziałem ich w łódce na jeziorze. Ciri tam pojechała, by im powiedzieć, że się zaczyna.
– Dawno?
– Dawno.
– Niech ich zaraza, zasranych rybaków – zaklął Crach an Craite. – Gdy im ryba bierze, zapominają o bożym świecie. Ragnar, leć po nich.
– Zaraz – powiedziała Braenn, strzepując dmuchawiec z głębokiego dekoltu. – Tu potrzebny jest ktoś, kto szybko biega. Mona, Kashka! Raenn'ess aen laeke, va!
