
Yennefer wstała, podeszła do niego, objęła i ugryzła w ramię. Geralt westchnął.Lista rzeczy, do których musiał się przyzwyczaić, wydawała się nie mieć końca.
– Chciałeś coś powiedzieć? – spytała czarodziejka, mrużąc oczy.
– Nie.
– Dobrze. Wiesz co? Dzień rzeczywiście jest piękny. Dobra robota.
– Robota? Co masz na myśli?
Zanim Yennefer zdążyła odpowiedzieć, usłyszeli z dołu wysoki, przeciągły krzyk i gwizd. Brzegiem jeziora, rozpryskując wodę, galopowała Ciri na karej klaczy. Klacz była rasowa i wyjątkowo piękna. Geralt wiedział, że należała niegdyś do pewnego półelfa, który ocenił szarowłosą wiedźminkę na podstawie pozorów i okropnie się pomylił. Ciri nadała zdobycznej klaczy imię Kelpie, co w języku wyspiarzy że Skellige oznaczało groźnego i złośliwego ducha morza, niekiedy przybierającego postać konia. Imię pasowało do klaczy idealnie. Nie tak dawno temu pewien hobbit, który zapragnął Kelpie ukraść, przekonał się o tym bardzo boleśnie. Hobbit nazywał się Sandy Frogmorton, ale od tamtego wypadku wszyscy mówili na niego "Kalafior".
– Skręci kiedyś kark – mruknęła Yennefer, patrząc na Ciri, galopującą wśród bryzgów wody, schyloną, uniesioną w strzemionach. – Skręci kiedyś kark ta wariatka, twoja córka.
Geralt odwrócił głowę, nie mówiąc ani słowa spojrzał wprost we fiołkowe oczy czarodziejki.
– No, dobrze – uśmiechnęła się Yennefer, nie spuszczając wzroku. – Przepraszam. Nasza córka.
Objęła go ponownie, przytulając się mocno, powtórnie pocałowała i znowu ugryzła. Geralt dotknął ustami jej włosów i ostrożnie zsunął koszulę z ramion czarodziejki.
A potem znaleźli się ponownie w łóżku, w rozburzonej pościeli, jeszcze ciepłej i pachnącej snem. I zaczęli się nawzajem poszukiwać, i poszukiwali się długo i bardzo cierpliwie, a pewność, że przecież się odnajdą, napełniała ich radością i szczęściem, i radość i szczęście były we wszystkim, co robili.
