Nie wyobrażał sobie życia gdziekolwiek indziej; nigdy nawet nie myślał o przeniesieniu się gdzie indziej. Kochał to miasto. Uwielbiał je! Opustoszałe, niechciane, nieopłacalne – to nie miało znaczenia. Kochał je mimo to. Holloman to jego dom. Niepostrzeżenie ukształtowało go. Uczyniło tym, kim się stał, bo mieszkał tu, kiedy miasto wydawało ostatnie tchnienie. A teraz wędrował samotnie pomiędzy ruderami.

W wieczornym świetle wszystko wydawało się szare. Rzędy pustych domów, ulice, kora bezlistnych drew, niebo. Wzniosłem się ponad świat i widzę, że jest szary. Barwa bezbarwności. Wyraz smutku. Forma samotności. Kwintesencja opuszczenia. Och, Joshua! Nigdy nie przywdziewaj szarości, nawet w myślach!

Lepiej. Lepiej. Teraz szedł już szybciej przez Elm Street. Rzadko pojawiały się już zamieszkane domy. Były jakby nieco mniej zniszczone, ale niewiele różniły się od opuszczonych. Przez zabite deskami drzwi i okna nie przesączała się ani odrobina powietrza. Ale ganki i werandy zamieszkanych domów były pozamiatane, chwasty wokół wypielone, ściany obite grubym aluminium; wyglądały schludnie.

Domy dr. Christiana stały na Oak Street, tuż za rogiem Elm i przed dużym skrzyżowaniem Elm z Trasą 78. Około dwie mile były do poczty w centrum Holloman, gdzie doktor wybrał się tego szarego wieczora, by sprawdzić, czy nie przyszły jakieś listy. Listonosz nie roznosił już poczty.

Dr Christian zatrzymał się odruchowo nie opodal numerów 1045 i 1047 przy Oak Street – ulicy obsadzonej, stosownie do nazwy, osiemdziesięcioletnimi drzewami, wystawiającymi spod chodnika wężowate korzenie – i przyjrzał się swoim mieszkaniom. Dobrze, nie widać światła. Gdyby je dostrzegł, oznaczałoby to, że do wewnątrz wdziera się powietrze. Zimne, niechciane powietrze. Otwieranie i zamykanie drzwi wejściowych i bezużyteczny przewód wentylacyjny, prowadzący do pustej piwnicy, dostarczały wystarczająco tego niezbędnego, lecz lodowatego „artykułu pierwszej potrzeby”.



2 из 330