
Dwa domy były szare jak inne, a wszystkie zbudowano pod koniec dwudziestego wieku. Mieściły oddzielne mieszkania, a na pierwszym piętrze połączył je pasaż, przypominający most. Teraz służyły innym celom niż te, do których je pierwotnie przystosowano. Numer 1045 stał się gabinetem doktora, a pod 1047 mieszkała cała jego rodzina.
Przeszedł przez ulicę, zadowolony, że wszystko jest w porządku.
Nie zadał sobie nawet trudu, żeby się rozejrzeć. W Holloman nie było samochodów, a po Oak Street nie jeździły autobusy. Całą ulicę pokrywały zwały zlodowaciałego śniegu, odgarniętego jedynie na chodnikach.
Wejście do numerów 1045 i 1047 znajdowało się z tyłu. Doktor przeszedł pod łączącym je pasażem i skręcił w lewo za rogiem. Dzisiaj nie planował żadnych wizyt i nie chciał kusić losu, wchodząc do 1045.
Małe pomieszczenie na podeście u szczytu schodów było już zamknięte. Doktor przekręcił klucz w zamku i znalazł się w prowizorycznym przedsionku, izolującym resztę domu od nieprzyjaznego świata. Kolejny klucz i drzwi, prowadzące do kolejnego przedsionka.
Tutaj doktor powiesił obszytą futrem czapkę i płaszcz, a na półce postawił buty. Włożył kapcie i otworzył trzecie drzwi, tym razem nie zamknięte na klucz. Nareszcie znalazł się w domu.
Kuchnia. Mama stała przy kuchence – bo gdzie mogłaby stać?
Zważywszy wszystkie cechy jej charakteru i zajęcie, które wybrała, powinna być małą, okrąglutką kobietką po sześćdziesiątce, o pomarszczonej twarzy i opuchniętych nogach. Roześmiał się głośno na tę absurdalną myśl, a ona odwróciła się uśmiechnięta i wyciągnęła ręce na powitanie.
– Co cię tak śmieszy, Joshua?
– Bawiłem się w pewną grę.
Jako matka kilkorga psychologów często wydawała się inteligentniejsza i lepiej wykształcona niż w rzeczywistości. Zamiast więc dociekać: „W grę?” albo „W jaką grę?”, zapytała: – W którą grę?
Przysiadł na brzegu stołu i machając jedną stopą, myszkował wśród owoców w salaterce, zawsze stojącej w kuchni. W końcu wybrał słodkie, dorodne jabłko.
