
Otrząsnął się z zamyślenia i spostrzegł, że matka patrzy na niego oczami przepełnionymi miłością; najzwyklejszą, bezgraniczną miłością. Tak czystą, że nigdy nie odczuwał jej jako brzemienia. Przyjął ją całą bez strachu i poczucia winy.
– Gdzie są wszyscy? – zapytał, stając za kuchenką, by matka mogła rozmawiać z nim bez przeszkód.
– Jeszcze nie wrócili z kliniki.
– Powinnaś przekazać dziewczętom część domowych prac, mamo.
– Nie chcę – powiedziała zdecydowanie. Był to temat stale powracający w ich rozmowach – Dziewczęta mają być w numerze 1045.
– Dom jest za duży, żebyś prowadziła go sama.
– To dzieci sprawiają, że zajmowanie się domem jest trudne, Joshua, a tu nie ma dzieci – w jej głosie pojawił się cień smutku, ale bez wyrzutu. Zrobiła widoczny wysiłek, żeby uśmiechnąć się i dodała wesoło: – Nie muszę odkurzać, co jest chyba jedyną dobrą stroną obecnej zimy. Po prostu kurz nie dostaje się do domu!
– Jestem dumny, że potrafisz myśleć pozytywnie, mamo.
– Ładny przykład dawałabym twoim pacjentom, gdybym narzekała! Kiedyś James i Andrew będą mieli dzieci, a ja znów znajdę się w swoim żywiole. Mam całkiem niezłe doświadczenie! Należę do ostatniego szczęśliwego pokolenia, które rodziło tyle dzieci, ile tylko chciało, a ja pragnęłam – och, gromady dzieci! Urodziłam czworo w ciągu czterech lat i gdyby twój ojciec nie umarł, urodziłabym więcej.
Jestem błogosławiona, Joshua, i nigdy o tym nie zapomnę.
Oczywiście, nie mógł jej powiedzieć tego, co cisnęło się mu na usta: och, mamo, jaka byłaś samolubna! Czworo! A reszta świata musiała ograniczać ilość urodzeń i coraz głośniej żądała wyjaśnienia, dlaczego Amerykanom nadal niczego nie brakuje? Teraz czwórka twoich dzieci musi płacić za twoją krótkowzroczność. Oto brzemię, które musimy dźwigać. Nie zimno. Nie brak prywatności i wygód w podróży. Nawet nie surową dyscyplinę, tak obcą każdemu amerykańskiemu sercu. Dzieci. A raczej ich brak.
