
– Wyobrażałem sobie – powiedział między jednym a drugim kęsem – że wygląd odpowiada twojej osobowości – uśmiechnął się, przymykając oczy z kpiącą powagą. – No wiesz: stara niewykształcona i na zawsze naznaczona latami mozołu.
Zrozumiała jego żartobliwe intencje i roześmiała się. Jej twarz pokryła się rozkosznymi zmarszczkami, a na gładkich policzkach pojawiły się dołeczki – dokładnie tam, gdzie delikatny rumieniec na wysokich kościach policzkowych przechodził w najbielszą biel. Czerwone usta, nigdy nie skalane szminką, rozchyliły się, ukazując nieskazitelnie zdrowe zęby, a wspaniałe błękitne oczy, zamglone jak zwykle u krótkowidzów, zabłysły zdrowym blaskiem pod długimi czarnymi rzęsami. Nawet ślad siwizny nie szpecił jej olśniewających włosów, złotych jak dojrzała pszenica, gęstych, falujących, lśniących, długich, zwiniętych na karku w prosty węzeł. Westchnął, nie wierząc – och, ciągle nie dając wiary – że matka – jego matka! – była nadal najpiękniejszą istotą, jaką kiedykolwiek spotkał w życiu. I była tego zupełnie nieświadoma – a przynajmniej tak sądził w prostocie ducha.
Nie. Mama nie miała w sobie ani odrobiny próżności. I chociaż on skończył trzydzieści dwa lata, jej brakowało czterech miesięcy do czterdziestych ósmych urodzin. Wyszła za mąż niemal jako dziecko.
Podobno zakochała się do szaleństwa w jego ojcu i z premedytacją zaszła w ciążę, żeby przełamać opory chłopaka przed poślubieniem tak ślicznej młodej dziewczyny. Jakie to pocieszające – pomyśleć, że ojciec również nie potrafił oprzeć się jej przymilności!
Christian z trudem przypominał sobie ojca, który zamarzł, kiedy Joshua miał zaledwie cztery lata. Wcale nie był pewien, czy go naprawdę pamiętał, czy też obraz ojca ukazywał się mu tylko w zwierciadle opowieści matki. Podobno był wierną kopią taty – biedny człowiek! Co miał w sobie szczególnego, że mama aż tak go pokochała? Bardzo wysoki i chudy, z żółtawą cerą, czarnymi włosami, ciemnymi oczami, zapadniętymi policzkami i wielkim orlim nosem…
