
– Naturalnie. Oczywiście w chwili gdy im powiedziałam, Sylvia Stringman wtrąciła swoje trzy grosze. Jest pan szarlatanem, bo tak twierdzi Matt Stringman, największy na świecie durny psychoanalityk. Muszę być chyba w panu zakochana, bo inaczej od razu bym pana przejrzała – doktorze, sama nie wiem, które z nich jest gorszą zarazą, Sylvia czy jej mąż!
Dr Christian nadal przyglądał się z uśmiechem swojej pacjentce.
Dziś miała miejsce jej próba sił – pierwsze spotkanie Pat-Patek, w którym Patti Fane uczestniczyła od czasu załamania nerwowego.
Była przywódczynią zgromadzenia Pat-Patek, jeśli można tak nazwać grupę siedmiu kobiet mniej więcej w tym samym wieku, wszystkie o imieniu Patricia, które stały się przyjaciółkami, odkąd los sprawił, że znalazły się razem w pierwszej klasie w Holloman Senior High. Z tej sytuacji wynikały tak liczne nieporozumienia, że tylko najstarszej z nich Patti Fane – a raczej Patti Drew, jak nazywała się wtedy – pozwolono na zdrobnienie imienia. I chociaż wszystkie Pat-Patki bardzo różniły się charakterami, wyglądem i pochodzeniem, katastrofa z imionami złączyła je nierozerwalnie. Wszystkie wyjechały do Swarthmore i wszystkie wyszły za mąż za wysoko postawionych urzędników oraz wykładowców Chubb University. Przez te lata spotykały się raz na miesiąc, za każdym razem w innym domu. Łącząca je więź była tak silna, że mężowie i dzieci, wciągnięci w szeregi Pat-Patek niczym oddziały posiłkowe, w końcu pogodzili się z ich solidarnością.
Patti Fane, o której Joshua mówił Pat-Patka numer jeden, została jego pacjentką przed około trzema miesiącami. Była wtedy w głębokiej depresji po wyciągnięciu pechowej niebieskiej kulki w loterii Komisji do Spraw Drugiego Dziecka. Tym trudniej znosiła ten zawód, że miała już trzydzieści cztery lata i wkrótce Komisja do Spraw Drugiego Dziecka mogła ją skreślić z rejestrów potencjalnych matek. Na szczęście, kiedy przebił się przez mur jej depresji, odnalazł pełną ciepła i wrażliwą kobietą, podatną na argumenty i łatwą do przestawienia na tor bardziej pozytywnego myślenia. Tak działo się z większością pacjentów, bo ich nieszczęście nie było wytworem fantazji, lecz aż nazbyt realne. A ludzie prawdziwie nieszczęśliwi są podatni na perswazję połączoną z duchowym wsparciem.
