Końce tkwiącego w ziemi kikuta oraz zwalonego pnia były poszarpane, jakby drzewo nie zostało ścięte, tylko złamane. Na przestrzeni następnych trzech mil zobaczyłem jeszcze kilkanaście takich samych. Sądząc po tym, że ułamane części były pozbawione liści, natomiast na sterczących z ziemi pniach pojawiły się świeże odrosty, dzieła zniszczenia dokonano co najmniej rok temu, może nawet dawniej.

Wreszcie ścieżka doprowadziła mnie do prawdziwej drogi, jednej z tych, o których wiele słyszałem, ale po których jeszcze nigdy nie miałem okazji stąpać (chyba że były już niemal całkowicie zrujnowane). Przypominała drogę zablokowaną przez żołnierzy przy bramie w Murze Nessus, gdzie tłum oddzielił mnie od doktora Talosa, Baldandersa, Jolenty i Dorcas, tyle tylko, że unosiły się nad nią gęste tumany pyłu. Nie rosła też na niej trawa, choć droga była szersza od większości ulic w mieście.

Nie pozostało mi nic innego, jak podążyć tam, dokąd prowadziła. Po obu jej stronach rosły gęsto drzewa, a przestrzeń między nimi wypełniały krzewy o splątanych gałęziach. Początkowo odczuwałem niepokój, mając wciąż w pamięci płomieniste lance jezdnych; później doszedłem jednak do wniosku, iż prawo zakazujące używania dróg nie obowiązuje na tych terenach, gdyż w przeciwnym razie z traktu nie korzystałoby aż tylu ludzi. Kiedy krótko potem usłyszałem dobiegający z tylu odgłos licznych kroków, nie próbowałem się ukryć, tylko stanąłem między rosnącymi z brzegu drzewami, by przyjrzeć się maszerującej kolumnie.

Pochód otwierał oficer na dorodnym, gryzącym wściekle wędzidło wierzchowcu o nie spiłowanych kłach, które ozdobiono turkusami o tej samej barwie co jego zbroja oraz garda szabli jeźdźca. Za nim podążali ciężkozbrojni piechurzy, szerocy w barach i szczupli w pasie, o spalonych słońcem, nieruchomych twarzach. Nieśli ostre trójzęby, sierpy oraz ciężkie pałki. Ta różnorodność broni, a także niejednolitość ich umundurowania kazały mi przypuszczać, iż oddział składał się z niedobitków co najmniej kilku formacji.



4 из 302