
Później pojawiły się wozy ciągnięte przez trąbiące od czasu do czasu trilophodony. Przysunąłem się nieco do drogi, gdyż wyglądało na to, że przynajmniej część ładunku stanowi żywność, ale między wozami kręcili się liczni kawalerzyści. Jeden z nich zapytał donośnym głosem, z jakiego jestem oddziału, a potem kazał mi się zbliżyć; ja jednak natychmiast rzuciłem się do ucieczki, a choć byłem pewien, że ani nie uda mu się wjechać między drzewa, ani nie zdecyduje się zsiąść z wierzchowca, aby ścigać mnie na piechotę, zatrzymałem się dopiero wtedy, kiedy zabrakło mi tchu w piersi.
Stało się to na zacisznej polanie pocętkowanej zielonkawymi plamami słonecznego światła przeciskającego się między liśćmi strzelistych drzew. Ziemia była porośnięta mchem tak grubym, iż odniosłem wrażenie, że ponownie stąpam po miękkim dywanie rozłożonym na podłodze pokoju ukrytego za wielkim obrazem, gdzie spotkałem władcę Domu Absolutu. Zamarłem w bezruchu, oparty plecami o jeden ze smukłych pni, i cały zamieniłem się w słuch; do moich uszu nie docierał żaden odgłos oprócz łomotania mego serca i szumu płynącej tętnicami krwi.
Dopiero po dłuższej chwili uświadomiłem sobie, że jednak słyszę coś jeszcze, a mianowicie brzęczenie muchy. Otarłem spoconą twarz skrajem fuliginowego płaszcza, który zdążył już mocno spłowieć i był w wielu miejscach podarty. Nagle uświadomiłem sobie, że jest to ten sam płaszcz, którym mistrz Gurloes okrył moje ramiona w dniu, kiedy zostałem czeladnikiem, i że zapewne do samej śmierci nie będę miał innego. Mój pot wydawał się zimny jak rosa, w powietrzu zaś czuć było ciężki zapach wilgotnej ziemi.
