
Moja ukochana, jesteśmy już sto mil na północ od miejsca, w którym napisałem do Ciebie poprzedni list. Maszerujemy w szybkim tempie, mamy pod dostatkiem jedzenia i za dnia jest nam całkiem ciepło, choć nocą czasem dokucza chłód. Makar, o którym Ci wspominałem, zachorował i otrzyma! pozwolenie na pozostanie z tyłu. Zaraz potem wielu innych zameldowało o chorobie, ale odebrano im broń, obarczono podwójnym ładunkiem i kazano maszerować pod strażą na czele kolumny. Przez cały czas nie widzieliśmy ani śladu Ascian; dowódca twierdzi, że dzieli nas od nich jeszcze kilka dni marszu. Przez trzy noce buntownicy mordowali wartowników, aż wreszcie musieliśmy potroić straże i wysiać patrole poza teren obozowiska. Pierwszej nocy zostałem wyznaczony do jednego z tych patroli i muszę przyznać, że było to bardzo niemile przeżycie, gdyż przez cały czas obawiałem się, iż któryś z moich towarzyszy poderżnie mi gardło w ciemności. Co chwila potykałem się o korzenie, słysząc śpiewy dobiegające od strony obozu.
Rzecz jasna, nikogo nie schwytaliśmy. Buntownicy zwą się Vodalarianami, od imienia swego przywódcy, i podobno są nadzwyczaj waleczni. Są też dobrze opłacani, gdyż otrzymują pomoc od Ascian…
