
Pod tym napisem umocowano dużą skrzynkę pocztową.
Dalgliesh doszedł do wniosku, że trudno byłoby znaleźć zmotoryzowanego turystę, który zaryzykowałby utratę samochodu po przeczytaniu takiego zestawu apeli, ostrzeżeń i pogróżek. Dobra droga kończyła się tuż za bramą i kontrast między stosunkowo gładkim podjazdem a dalszym kamienistym i obrzeżonym głazami traktem był niemal symbolem zakazu wjazdu. Brama, chociaż nie zamknięta, miała ciężką klamkę o skomplikowanym kształcie. Manipulowanie nią dawało intruzowi dość czasu, by pożałować pochopnej decyzji. Dalgliesh, wciąż nieco osłabiony, z trudem odciągnął bramę. Gdy już przejechał i zamknął ją za sobą, miał wrażenie, że oto podjął się zadania, którego nie pojmuje, i że prawdopodobnie postąpił nierozważnie. Cała sprawa zapewne nie wiąże się z jego umiejętnościami i tylko staruszek, który nie żył sprawami tego świata – i w dodatku był rzeczywiście przytłoczony wiekiem – mógł sądzić, że należy wezwać policjanta. W każdym razie istniał bezpośredni cel wizyty. Dalgliesh wracał, choć niechętnie, do świata, gdzie ludzie mieli problemy, pracowali, kochali, nienawidzili, intrygowali, by zapewnić sobie szczęście, a także, pomimo że on rezygnował z pracy, zabijali i byli zabijani.
Zanim wrócił do samochodu, jego wzrok przykuła kępka nie znanych mu kwiatów. Bladoróżowe i białe główki wyrastały z omszałej ściółki na szczycie muru i drżały nieznacznie w podmuchach lekkiej bryzy. Dalgliesh zbliżył się i zamarł w bezruchu, podziwiając w milczeniu ich bezpretensjonalną urodę. Po raz pierwszy poczuł czysty, na poły iluzoryczny, słony posmak morza. Ciepłe powietrze delikatnie owiało skórę detektywa. Nagle przepełniło go uczucie radości i jak zwykle w tych rzadkich chwilach zaintrygowała go czysto fizyczna istota szczęścia. Biło w jego żyłach jak słabe tętno. Próba analizy tego uczucia równałaby się jego utracie. Lecz Dalgliesh rozpoznał je bez cienia wątpliwości. Pierwszy, czysty sygnał od czasu choroby: życie może być dobre.
