
Samochód podskakiwał ledwo dostrzegalnie, sunąc po wyboistej drodze. Mniej więcej dwieście jardów dalej Dalgliesh dotarł do szczytu podjazdu. Spodziewał się, że ujrzy przed sobą pomarszczone błękitne wody kanału La Manche, rozlane aż po horyzont. Podobne rozczarowania przeżywał w dzieciństwie podczas wakacji, gdy po tylu złudnych nadziejach wciąż nie było widać upragnionego morza. Przed nim leżała płytka kamienista dolinka, poprzecinana wyboistymi ścieżkami, a po prawej stronie wznosiło się coś, co bez wątpienia przedstawiało Folwark Toynton.
Był to masywny kwadratowy kamienny budynek, prawdopodobnie z pierwszej połowy osiemnastego wieku. Właściciel nie miał szczęścia do architekta. Dom wyglądał okropnie i nie zasługiwał na miano budowli georgiańskiej. Zwrócony na północny wschód, ku lądowi, raził osobiste i niezbyt jasno sprecyzowane poczucie architektonicznego smaku Dalgliesha. Jego zdaniem budynek wzniesiony na brzegu powinien być zwrócony w stronę morza. Nad tarasem biegły dwa rzędy okien, przy dolnym wyrastały gigantyczne zworniki, rząd górny był nie ozdobiony i skromny, tak jakby nie umiano dopasować go do najbardziej charakterystycznego elementu domu, potężnego jońskiego frontonu zwieńczonego kamienną statuą – pokraczną i trudną do zidentyfikowania z tej odległości. W środku znajdowało się jedno okrągłe okno, niczym złowrogie oko cyklopa błyszczące w słońcu. Fronton pomniejszał optycznie i tak nieduży taras, a całej fasadzie przydawał zwalistości. Według Dalgliesha należałoby ją zrównoważyć wydłużonymi wykuszami, ale widocznie właścicielowi zabrakło wyobraźni czy też pieniędzy i cały dom wyglądał na dziwnie nie dokończony. Front przerażającego budynku ział pustką. Być może pensjonariusze – jeśli było to właściwe określenie – mieszkali z tyłu. Poza tym wybiła dopiero trzecia trzydzieści, martwa pora, pamiętał to ze szpitala. Może wszyscy odpoczywali.
